sobota, 22 lutego 2014

26.

        Wieczorem szłam sobie powoli po schodach, iż nie chciało mi się czekać na windę. Stwierdziłam, że trochę ruchu nie zaszkodzi. Coś się chyba ze mną dzieje. Ja i wysiłek fizyczny? Nieee, a jednak. Na drugim piętrze, czyli tam, gdzie znajduje się mój pokój napotkałam... Ugh, nie zgadniecie. Ann Kathrin! Tak, tą żmiję. Przyśpieszyłam kroku, iż do moich, cudownych drzwi było jeszcze kilkanaście metrów. Ten korytarz się nigdy nie kończył... Nie udało mi się jej wyminąć.
- O! Dobrze, że Cię widzę. - zaczepiła mnie, co mnie zdziwiło. Nie samo to, że zagadała, ale nie była wredna...
- Dżizyyys! Co Ty tu robisz? - zajęczałam.
- Przyjechałam do Mario, zazdrościsz? - powiedziała, a mnie zatkało.
- Nie, niby dlaczego? - spytała. - Dobra nieważne. A co ode mnie chcesz?
- Ty kochana, powiesz mi, w którym pokoju on się znajduje.
- Oho, czuj się. - rzekłam.
- Powiesz.
- A co, Twój chłopak Ci nie powiedział? - zaśmiałam się to głupio.
- Nie.
- To zadzwoń do niego. - odparłam zła.
- A może u Ciebie jest, co? - zakpiła.
- Niby po co mi on?
- Żebyś się trochę... hmm, ogarnęła. - obczaiła mnie od stóp do głów.
- Wiesz.. Ja nie muszę pokazywać biustu, żeby mnie zauważali. - odgryzłam się.
- Bo nie masz.
- Spieprzaj! Bo Ci wyrwę te farbowane włosy! - krzyknęłam.
- Lea się przejęła. - mówiła jak do dziecka. - O mój Boże...
- Tam jest Twój kochany Mario. - wskazałam na drzwi. - Idź se do niego i nie pokazuj mi się więcej na oczy, rozumiesz? - powiedziałam, choć wcale nie chciałam... zabolało mnie to, że ona tu jest. On się mści na mnie, czy co? Albo wrócili do siebie, a ja nic nie wiem? Tylko ona potrafi zepsuć mi humor, zresztą Goetze nie lepszy... Idealnie do siebie pasują. Byłam zła.. sorry nie. Gorzej - wściekła... wkurwiona! Poszłam wziąć prysznic i usunąć z siebie negatywną energię, która wcale nie miała zamiaru mnie opuszczać. Z tego wszystkiego już o dwudziestej postanowiłam się położyć, no i zasnęłam. Z trudem, ale zasnęłam.


*


     Obudziłam się. Nie... obudziło mnie... obudził mnie czyjś dotyk, który czułam na policzku. Z zamkniętymi oczami, machnęłam ręką w celu strącenia czyjejś dłoni, udało mi się. I doskonale wiedziałam, kto to.
- Zniknij! Zgiń. Cokolwiek. Wypierdalaj! - krzyknęłam, podnosząc się do pozycji siedzącej, on patrzył na mnie, niewinnym wzrokiem, jakby nie wiedział o co chodzi. - Co... Zostawiła Cię, tak? I do drugiej lecisz... No tak, mogłam się tego spodziewać. - nawijałam jak głupia, nie dawałam mu dojść do słowa.
- Kto mnie niby zostawił do jasnej... cholery?! - zapytał zdziwiony, a zarazem podirytowany.
- Ann. Twoja Ann. Przecież przyjechała Cię odwiedzić. Przyznaj się, sam po nią zadzwoniłeś. - patrzyłam na niego z wyrzutem.
- Leaa. Obudź się! Nie ma tu żadnej Ann.
- Jak nie kur*a!? Gadałam z nią, wczoraj.
- Chyba Ci się śniło.
- Weeź, nie kłam. I wypieraj stąd, ale już. Póki jestem grzeczna. - wskazałam na drzwi. - W ogóle jak Ty tu wlazłeś? Hmm? - spytałam. - Ach, tak. Sławny, przystojny i młody Mario Goetze, jemu żadna się nie oprze, nawet ta za ladą. - przewróciłam teatralnie oczami i rzuciłam w niego poduszką.
- Nie wiem, czym Ci zawiniłem, ale przepraszam. - zbliżał się do drzwi, a jak już do nich doszedł. Walnął z całej siły ręką w ścianę. - Wszystko się pieprzy! - krzyknął, trzasnął drzwiami i już go nie było.
Życie jest do dupy, a szczególnie moje. Dziś sylwester, na którego nie pójdę. Nie ma bata... nie namówią mnie. Najchętniej to bym teraz pojechała do domu. Do Dortmundu, albo do Polski! Najlepiej, do Brazylii, jak najdalej. Lecz co mi z tego będzie? Nic, a nic. Przegrałam życie, proste. Nic dodać, nic ująć.



[Wieczór, ok. 17:00.]
     Nadal siedziałam bezczynnie na łóżku, przeglądając różnorodne strony internetowe. Nudziło mi się strasznie, ale co poradzić. Chciałam siedzieć w hotelu to siedzę.
- A Ty jeszcze nie gotowa? - do pokoju wpadła moja przyjaciółka.
- Nigdzie nie idę! - odpowiedziałam od razu.
- Jak to nie? Co to się stało, że odmawiasz imprezki, i to takiej, która jest raz w roku. Dziewczyno raz w roku. Mega balet! - namawiała mnie.
- Nie uda Ci się, nie wybieram się tam. - mówiłam bez emocji.
- Masz jeszcze. - spojrzała na zegarek. - pół godziny, zdążysz. Za dziesięć minut będę, sprawdzę czy się ubrałaś. - wyszła.
Ech... Jess nie przegadasz. Ale po co ja tam? No po co? Ona ma Marco, będzie z nim latała, a ja? Z rodzicami mam siedzieć? Wprawdzie są jeszcze dziewczyny, lecz one także mają już swoich partnerów życiowych. Nie chcę iść, bo nie mam z kim, po prostu nie chcę patrzeć na szczęśliwą Ann, która będzie niemiłosiernie radosna, gdy zobaczy jak źle się bawię. Niechętnie wygrzebałam się z wygodnego łóżka i podeszłam do szafy, w której wisiała jedynie sukienka na Sylwester i stały buty. Inne rzeczy nadal grzecznie leżały w walizce, no jeszcze oprócz kosmetyczki, która była na stoliczku. Ubrałam się i zaczęłam robić makijaż.
- No, grzeczna dziewczynka. - ponownie brunetka mnie odwiedziła.
- Nie wiesz, jak bardzo nie chcę tam iść. - powiedziałam cicho.
- A dlaczego, Lea. Stało się coś? - spytała.
- No właśnie stało... zresztą nieważne. Zobaczysz na miejscu.
- Nie wnikam, bo aż się boję, co tam zobaczę. - odparła i dalej czekała na mnie.
Jessica wyglądała bosko, dobrze jej doradziłam wczoraj z sukienką. Ja natomiast po skończonym makijażu, prezentowałam się nie najgorzej. 
- I co, ciężko było? - pokiwałam głową, że nie. - No! To idziemy. - pociągnęła mnie za rękę. W ruchu złapałam szybko torebkę i zamknęłam pokój. Zaszłyśmy po Marco.
- Chodźcie po chłopaków. - powiedział.
- Nie! - szybko zaprzeczyłam. - Znaczy, jak chcesz, ale ja idę sama. - i poszłam.
- Co ją ugryzło? - usłyszałam jeszcze.
- Nie wiem... - i się pewnie nie dowiedzą.
Poszłam czym prędzej na zewnątrz, gdzie już zaczynała się dzisiejsza impreza. Nadal nie rozumiałam, po co ja tam potrzebna i po co się zgodziłam. No cóż, Sylwester jest raz w roku... Trzeba zaszaleć, choć ze świadomością, że pewnie będzie tam Ann, się nie da. Postanowiłam sobie nie zawracać głowy tą dwójką siebie wartą... Po drodze napotkałam... no na szczęście siostrzyczki, do których od razu dołączyłam, aby zatopić się w tłum.



[Marco]
    Nie wiem co się ze mną dzieje. Spędzam więcej czasu z przyjaciółką Lei, niż ona sama. Jeszcze teraz, gdy dzielę z nią pokój... bardziej mnie do niej ciągnie. Szczególnie w tej pięknej sukience, co tu mówić. Cała jest śliczna. Mimo, że znam ją kilka lat, nigdy nie widziałem w niej kobiety, zawsze była dobrą kumpelą i tyle, a teraz? Dużo się zmieniło, zapewne przez ten czat na internecie, na którym poznałem ją jako "Nieprzewidywalną", a ona mnie jako "Woodiego". Gdy sobie o tym przypominam, aż śmiać się chce. Często się widywaliśmy, iż prawie codziennie odwiedzała Leę, a dzięki internetowi zbliżyliśmy się do siebie, tylko jeszcze nie tak, jakbym chciał. Ale myślę, że na to mam jeszcze czas. Dużo czasu.
    Aktualnie bawimy się, przecież jest Sylwester, czuję, że będzie najlepszy z mojego dotychczasowego życia, bo z nią. Niestety, nie wszyscy są dziś wieczorem w świetnym humorze, mam na myśli moją siostrę. Żałuję, że kiedyś tak źle ją przyjąłem, byłem wściekły na ojca, że chciał zastąpić mi mamę, moją prawdziwą mamę, która nie żyje już od trzynastu lat. Tak, miałem zaledwie jedenaście lat, gdy zginęła w wypadku. Nigdy tego nie zapomnę. Teraz jestem szczęśliwy, Manuela, znaczy mama jest cudowną kobietą, a ja kiedyś jej, jak i mojemu tacie, dałem nieźle popalić. Ugh, nieważne. Wracając, są dwie osoby na tej imprezie słabo balujące, jakieś smutne, nie wiem o co im chodzi. Oczywiście jak Lea, to i Mario. Mój przyjaciel, siedzi przy stoliku z rodziną, do tego niechętnie. Lea przesadza z alkoholem, dosłownie. Gdy ja piję drugiego drinka, a przypomnijmy, że dopiero pół godziny minęło... Ona pije z szóstego, jak nie więcej. Nie liczyłem, ale za każdym razem, widzę ją z innym kolorem drinka, a było ich tam do wyboru... Dużo, naprawdę. Każdy inny... Na pewno nie będzie dobrze wspominać tego dnia, w porównaniu do mnie... Nadal nie wiem co ich dwoje ugryzło. Ale... O kurwa. Ann Kathrin we własnej osobie, właśnie przemierza między gośćmi z dwoma procentowymi napojami. Wszystko jasne, ale skąd? Jak? Ona tu? Czyżby Mario? Niewierze. Przecież on jej nienawidzi. Za to ona, jest znakomitą kłamczuchą i cwaniarą. Kolejna intryga? Nie mam pojęcia, ale jak najszybciej chcę to wyjaśnić. Poprosiłem Jess, o przytrzymanie mojego drinka i czym prędzej podbiegłem do Mario, oczywiście byłem pierwszy, bo ja to nie Ann na niezwykle wysokich obcasach i w kusej sukience. Zgarnąłem go na bok, jakkolwiek to brzmi i zacząłem rozmowę.
- Co tu robi Ann? - spytałem w miarę głośno, żeby mnie usłyszał, iż muzyka była włączona, chyba na maksa.
- Co!? - nie usłyszał, dlatego odeszliśmy jeszcze dalej, gdzie wszystko było idealnie słychać, a muzyka nie zagłuszała naszych słów.
- Ann tu jest? Twoja sprawka? - ponowiłem pytanie.
- Jaka Ann, do cholery?
- Twoja była. - odpowiedziałem.
- Lea też mnie opieprzyła za nią... Ja jej w ogóle nie widziałem. Słowo. - odparł. - Lea, powiedziała, że niby przyjechała do mnie, tak jej tłumaczyła.. - tłumaczył.
- No to masz problem, stary. - powiedziałem.
- Wiem... ale trudno, już nie mam u niej szans. Wszystko co udało się nam zbudować, ta więź między nami, totalnie się rozpadła, lecz wiem jedno. Nie chcę więcej mieć dziewczyny, chyba że będzie nią Twoja siostra. - powiedział, a mi się go szkoda zrobiło. Będę próbował ich jakoś spiknąć, ale wiem jakie to trudne. Ona ma trudny charakter, i jest strasznie uparta, jak nikt inny.
Po dialogu przeprowadzonym z Goezte, wróciłem do mojej towarzyszki i wytłumaczyłem jej wszystko po kolei. Nie dowierzała, zresztą tak jak ja...



[Lea]
    Zaraz północ, a ja jak nie miałam towarzystwa, tak nie mam, nie licząc rodziny, na którą jestem skazana. Wypiłam łącznie.. jakieś... dużo, serio dużo napoi alkoholowych i czuje się świetnie, lecz niestety samotność daję się we znaki, niestety. Ale, trudno żyje się dalej, nieważne co będzie się działo... Tańczyłam.. prawie wcale, raz z Fabianem, Felixem, Marco i tatą... tyle. Innym odmawiałam, a przyznam, że kilku nieznanych typów mi to proponowało. Z jednym poszłam nawet na jednego drinka... Wszyscy goście odliczają, iż zostały sekundy do Nowego Roku.. Ja siedziałam sobie całkiem sama z szampanem przed sobą, patrząc w niebo. Mój wzrok pokierował w prawą stronę, gdzie był on. Jak zwykle w dobrej stylówie. Także stał sam, co mnie zdziwiło. Ann go nie dopadła? Albo poszła po coś... Nie, stop. Nie będę o niej myśleć, za dużo razy w życiu mi podpadła. Dość tego. Zaliczam ten rok, do nieudanych... Choć, czasem było miło... Pamiętam doskonale, do czego prawie dopuściłam pod nieobecność Marco, gdyby nie przyszedł w porę, przespałabym się z NIM, i to z własnej woli. A wcześniej tego samego dnia... nie powinnam tego wspominać. W moich oczach gromadziły się łzy, którym nie dałam spłynąć po mojej twarzy. Muszę być silna, bo przecież zawsze byłam. Kiedyś... nie wiem co się ze mną stało. A to wszystko przez niego. Gdyby, wtedy nie powiedziałby mi, tych dwóch pięknych słów.. Nadal miałabym wywalone na wszystko. Nic by mnie nie interesowało i nigdy żadna łza nie pokazałaby się na mojej twarzy. Przez przebywanie z nim, zmiękłam... Naprawdę mam uczucia...




_______________________
Tak oto powstał kolejny rozdział.
huehuehu, nie ma sielanki, nie ma nic śmiesznego.
Mamy kryzys, kryzys, kryzys ;>
Musiałam, musiałam, bo tak mnie naszło od kilku tygodniu na taką akcję, która będzie trwała... nie powiem, ale długo ;D
Mam tyle pomysłów do zrealizowania, że nie wiem za co się zabrać, ale już mniej więcej ich kolejność znam.
Tak szybko mnie jak i tego bloga, się nie pozbędziecie.
A ja mam nadzieję, że będzie jeszcze Was przybywać.
Więc zapraszam serdecznie! :') 
p.s dziękujcie "Piszczu26" :D
I ja też dziękuję za komentarz pod poprzednim xD
i Pozdrawiam ciepło ;*

niedziela, 16 lutego 2014

25.

   
  
    Wieczorem postanowiłam zrelaksować się, biorąc kąpiel w wielkiej, hotelowej wannie, która oczywiście znajdowała się w mojej prywatnej łazience. Tak też uczyniłam... Po wszystkim, zorientowałam się, że nie wzięłam ze sobą nic poza ręcznikiem, którym od razu się owinęłam i wyszłam z pomieszczenia. Zaczęłam grzebać w walizce, w celu znalezienia bielizny, bo Lea, jak to Lea, nie raczyła się nawet rozpakować, iż stwierdziła, że nie ma najmniejszego sensu. Cóż lenistwo mam wrodzone, no niestety. A gdy już się wkurzyłam, po prostu wywaliłam całą zawartość walizki, bo przecież tak będzie łatwiej znaleźć, a dużo ciężej to sprzątnąć i poskładać na nowo.
- Lea, pomóż! - usłyszałam za sobą i zobaczyłam Mario, który po moim odwróceniu w jego stronę, zaczął dziwnie na mnie patrzeć, i uśmiechać się, co mnie przeraziło. Ten uśmieszek, jakby miał zaraz mnie zgwałcić, czy co... - Oooo. - zawył.
- Co Ty tu robisz? - spytałam, akcentując wyraźnie każde słowo oddzielnie. Wyglądałam zapewne komicznie, stałam z bielizną w ręku z miną... zdziwioną na maksa.
- Przyszedłem prosić o pomoc. - zaśmiał się.
- Jaśniej? - ścisnęłam mocniej ręcznik.
- Miałem nadzieję, że odciągniesz mnie od tej strasznej nudy.. - rzekł. - No i tak się stało. Lea przyznaj się, specjalnie paradujesz w ręczniku i czekasz na mnie. - poruszał znacząco brwiami.
- Weź spadaj. - odepchnęłam go ręką, w której miałam te rzeczy... Widziałam już te głupie uśmieszki, ten błysk w oku, znam go dokładnie i wiem kiedy i w jakich okolicznościach, ma jakieś pragnienie, teraz także coś podejrzewałam.
- No, ale weź przyznaj. - położył rękę na moje ramię. Jego czyny były odważne, nie tylko teraz, tak było zawsze. Niczego się nie wstydził, nigdy się nie krępował, bez skrupułów może powiedzieć do kogoś coś typu: "Niezła dupa", czy też nieco gorsze i nie lubiane przez dziewczyny, gdy jakiś koleś powie, coś na temat biustu, osobie, którą nigdy wcześniej nie widział na oczy... To cały Mario, teraz już mniej, ale pamiętam czasy liceum, czy gimnazjum. Nie mógł się powstrzymać, aby na przykład nie powiedzieć głupiego tekstu, szczególnie do mnie... Przeważnie dlatego nie byłam w stanie z nim przebywać w jednym pomieszczeniu.
- Leaaaa...! - zawył, kiedy ja się od niego odsunęłam.
- Czego Ty ode mnie oczekujesz? - spytałam. - Żebym Ci pierwsza wskoczyła do łóżka? Już nie pamiętasz powodu, dlaczego zerwałam z Chris'em? - zdenerwowałam się.
- On to co innego, podniósł na Ciebie rękę, ja taki nie jestem...
- Wiem, ale on także chciał się tylko ze mną przespać!
- Lea, zrozum no. Może i jestem głupi, sama mi to powtarzasz, lecz potrafię też być czuły, opiekuńczy... - wymieniał, ale mu przerwałam.
- Udowodnij. - rzekłam, odwracając się do niego tyłem. Poczułam jego usta na szyi, nie o to mi chodziło, ale on nie przestawał. - Nie tak. - powiedziałam.
- A jak? - znowu staliśmy twarzą w twarz.
- Po prostu mnie przytul! - rozkazałam.
- Nic od Ciebie nie oczekuję. - szepnął mi na ucho, przytulając mnie mocno.
- Ok, ale sprawę stawiam jasno: NIE jesteśmy razem. Jesteśmy PRZYJACIÓŁMI! Ciesz się, że w ogóle pozwoliłam Ci się do siebie zbliżyć. - powiedziałam stanowczo i oddaliłam się od niego.
- Rozumiem. - spuścił głowę. - Przepraszam. - wyszedł.
Po tej całej akcji byłam zła, głównie na siebie, ale w tym była w większości jego wina, więc nie mam co się nad sobą użalać. Mam wyrąbane na to. Poszłam do łazienki, w końcu ubrałam się w piżamę i wysuszyłam włosy i tym razem NIKT mi nie przeszkadzał. Usiadłam skulona na podłodze, opierając się o łóżku. Zaczęłam rozmyślać, co nie było u mnie codziennością. Chciałabym zapomnieć, żeby wszystko to okazało się zwykłym snem i tak naprawdę nigdy nie wyjechałam do Niemiec, ojciec nas nie zostawił, nadal mieszkam w Polsce...  Ale nie. To niemożliwe. Poznałam go, mój brat to Marco, siostry Yv i Mel, tata Jürgen... Całkowicie inne życie, kiedyś nie miałam rodzeństwa. Cieszę się, że tworzymy prawdziwą rodzinę, ale... Zawsze jest jakieś ale!
- Siostra, chodź napijemy ... - wtargnął do pokoju, blondyn. - ...się? - spojrzałam na niego. - Co już się wydarzyło?
- Nic. Głupia jestem po prostu... - odparłam.
- Tak, tak... No chodź do nas, bo nie mam z kim się napić. - zaśmiał się.
- Tylko Ty umiesz mi poprawić humor. - podniosłam się z miejsca i ruszyłam za nim, ciul, że byłam w piżamie, ktoś mi zabroni tak paradować po korytarzu? Nie sądzę. Dotarliśmy do ich pokoju, od razu w oczy rzuciła mi się Jess, leżąca na łóżku.
- ONA! - wskazał na Jessicę. - Nie chcę piwa! - oznajmił.
- Żartujesz? ONA!? - zdziwiłam się.
- Tak, ONA!
- Ona ma imię. - odezwała się.
- Ej co Ci? Gorączka? Tabletki brałaś?
- Nie, nie, nie. Po prostu, nie mam ochoty. Wiesz... Potem brzusio rośnie. - poklepała się po brzuchu.
- Ta jeszcze Tobie. - mruknął Marco. - Z wami nie można pożartować, ta siedzi skulona w kącie, druga maruda... Co za dziewczyny!?
- Zamknij się i daj to... - odebrałam mu z rąk puszkę pełną alkoholu. Miałam ochotę napić się i mieć wywalone na wszystko.



*



Następnego dnia, obudziło mnie walenie w drzwi, jak zawsze coś.. Czy ja nie mogę się z raz, sama obudzić!? Poczłapałam ziewając do drzwi, a tam... Jess. Wlazła mi do pokoju bez słowa.
- No co tak patrzysz? Strój się. - powiedziała.
- Pojebało Cię? - spytałam.
- Ach tak, Lea skacowana. - zaśmiała się. - Ogarnij się jak normalny ludź i idziemy na zakupy, mała. - darła się.
- Ja się kiedyś zemszczę! Zobaczysz. - rzekłam i poszłam doprowadzić się do porządku, po niecałych piętnastu minutach wróciłam ubrana i z wyprostowanymi włosami oraz lekkim makijażem, zgarnęłam torebkę ze stolika, zamknęłam pokój i ruszyłyśmy na zakupy. Oczywiście doskonale wiedziałam, gdzie się kierować, iż byłam tu rok temu na dwa tygodnie i standardowo musiałam zwiedzić każdy sklep.
- A powiedz Ty mi... Jakim cudem nachlałaś się tym co miał Marco!? Jak ja kładłam się spać to kończyliście pić i więcej nie mieliście. - spytała zdziwiona.
- Aaa, bo Auba doniósł. - zaśmiałam się.
- I wszystko jasne!
Po zakupach, resztę dnia leniuchowałyśmy, rozkoszując się słońcem na hotelowym basenie...





______________________________
Postanowiłam, że tym króciutkim czymś, zrobię Wam taki prolog do następnego rozdziału.
Po prostu myślę, że nie ma sensu ciągnąć tego rozdziału jakoś dłużej, bo nie współgrałoby z kolejnym. Tyle, jeśli chodzi o ten... yyy, to coś.
Oczywiście, chciałam Was przeprosić z całego serca, że nie dodawałam NIC.
Niektórzy wiedzą dlaczego, mianowicie napisałam pół, znaczy tyle, co powyżej i się zacięłam. Totalnie wszystko się zatrzymało... A wiem, że dużo osób wyczekuje rozdziału na tym blogu, niżeli na moich dwóch innych.
Nowy rozdział pojawił się także na: the-story-is-complicated.blogspot.com , a na: skoki-zyciem.blogspot.com jestem w trakcie tworzenia.
To chyba tyle.
Pozdrawiam i jeszcze raz przepraszam ;<
P.S. zapraszam na bloga Wiktorii! Polecam, bo warto wbić.  Pogon-za-szczesciem.blogspot.com
PA!

niedziela, 2 lutego 2014

24.

    *

   Następnego dnia obudziłam się dość wcześnie i z tego powodu, zaczęłam malować sobie paznokcie.. Myślałam trochę, co dzieje się w kilku pokojach dalej, to znaczy, u Jess i Marco, bo z tego co mi wiadomo, mają tam dwa łóżka, ale blisko siebie, nie trudno złączyć. Ale znając moją przyjaciółkę, nawet boi się go dotknąć, nieśmiała jest, czasem aż za bardzo. Gdy skończyłam malować, podziwiałam moje dzieło, iż na szybko, nieźle mi to wyszło. Po niespełna chwili, ktoś zapukał do mych drzwi. Coś dużo gości w ostatnim czasie mnie odwiedza. Otworzyłam... a tam Auba!
- Zbieraj się! Na plażę mieliśmy iść. - powiedział pełen entuzjazmu, jak zawsze.
- Już? Przecież dopiero... - spojrzałam na zegarek. - Ouuu, przed jedenastą. Ale jak? Wstałam o ósmej... Ej no! Tak szybko ten czas leci dziś... - zdziwiłam się.
- Jak widać... Chodź! - złapał mnie za rękę i wyciągnął z pokoju i szedł dalej... - Ale masz oczojebne paznokcie! - zauważył.
- Tak Pierre, tak. - odparłam śmiejąc się. - Może pozwolisz mi się ubrać? - powiedziałam, gdy Auba chciał mnie wepchnąć do windy.
- Aaa.. tak! Idź się ubierz, bo wstyd z Tobą wyjść. - zaśmiał się i przegonił mnie do pokoju. Spojrzałam na niego groźnie, zanim jeszcze weszłam do apartamentu. - Żarcik, taki. - przeraził się, aby zaraz wybuchnąć śmiechem. - No zmykaj! - rozkazał.
Szybko się ubrałam, włosy niechlujnie związałam, makijaż odpuściłam, wzięłam najpotrzebniejsze rzeczy i wróciłam do kumpla. Najpierw poszliśmy na śniadanie, przy którym dość szybko się uwinęliśmy, natomiast chwilę potem, wychodziliśmy z hotelu... gdy:
- Cocia! - usłyszałam za sobą. Odwróciłam się i ujrzałam biegnącego za nami, Nico. A nieco dalej, Yvonne.
- Co tam mały? - ukucnęłam przy nim.
- Kto to? - wskazał palcem na Gabończyka.
- To wujek Pierre. - zaśmiałam się.
- Tak? - zdziwił się.
- Mhmm. - przytaknęłam, a maluch podszedł do niego.
- Ceść ujek. - przywitał się z nim.
- Witam, małego kawalera. - szczerzył się, jak to ma w naturze Aubameyang.
- Nico! Chodź tu szybko! - krzyknęła jego mama. - I nie przeszkadzaj cioci.
- Spoko siostro, ja mogę go wziąć ze sobą. - zaproponowałam.
- A dokąd ruszacie? - spytała.
- Na plażę. - odpowiedziałam.
- Dobra, tylko...
- Tak, tak, będę go pilnować. - zaśmiałam się.
- Jak go...
- Nie zgubię. - znowu jej przerwałam. - Wyluzuj Yv.
- Jak coś się stanie, to dzwoń.
- Nie będzie takiej potrzeby. - odparłam.
- Ale ja będę dzwonić. - oznajmiła. - Nico pilnuj się cioci i wujka. - podeszła do syna.
- Wiem, mamusiu. - przytulił rodzicielkę i ruszył z nami.
- Boże jak w jakimś filmie. - mruknęłam, wychodząc z hotelu.
- Potwierdzam.
- Przewrażliwiona jest, i to bardzo. - dodałam po jakimś czasie.
Gdy doszliśmy na miejsce, rozłożyliśmy ręczniki, na których już siedział młody. Ja wyskoczyłam z ubrań, aby ukazać się w stroju kąpielowym, Auba podobnie, tyle że on tylko dolną część. Położyłam się w celu opalenia, jednakże nie było mi to dane, ponieważ Nico siedział mi na brzuchu... Postanowiłam zmienić pozycję na siedzącą.
- Nie dasz mi się przystojniaku, poopalać? - zaśmiałam się.
- Nie. - cieszył się, mały.
- Nie. - odparł Auba. - Aa, myślałem że to do mnie. - zaczęliśmy się śmiać.
- Nie żeby coś, ale to nie Ty, siedzisz mi na brzuchu.
- Wiesz.. ja też mogę. - szczerzył się.
- Niestety nie skorzystam, wolę mieć płaski brzuch, niż spłaszczony. - zaśmiałam się.
- Aż taki ciężki nie jestem. - trzymał na swoim.
- Lekki, na tyle żeby mnie nie zgnieść, też nie.
Fochnął się i razem z Nico zaczął bawić się w piasku, mianowicie, reprezentant Gabonu siedział, a Nico zasypywał jego nogi piachem. Minęło tak około trzydziestu minut, aż w końcu najlepsza mamusia Nico pod słońcem, Yvonne, zadzwoniła.
- Wszystko ok! - powiedziałam od razu, gdy odebrałam.
- No mam taką nadzieję. My jesteśmy na basenie, jak by co. - oznajmiła.
- Spoko, spoko. I nie martw się tak.
- Yhym.. A weź daj mi go do telefonu. - odparła.
- Teraz to niemożliwe, bo bawi się kilka metrów dalej z Aubą.
- A on? Kim dla Ciebie jest? - spytała, czym mnie zadziwiła.
- Pierre? Kolegą, przyjacielem. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Na pewno?
- Oj siostro. Mieszkasz daleko w świecie i nawet nie wiesz ile u mnie w życiu się działo. - odrzekłam.
- To mi opowiedz.
- Chyba niedługo sama to zauważysz. - zaśmiałam się.
- Masz chłopaka? Jest tu?
- Nie i nie, aleee... - nie skończyłam.
- Czyli jest jakieś ale..
- No jest, lecz nieistotne. - powiedziałam. - Dobra, zajmuj się sobą, niczym się nie martw. Syn jest u najlepszej ciotki ever!
- Jak mam się nie martwić, doskonale znając tą ciotkę! Pamiętam jak kiedyś wmawiała mu, że powinien mieć dziewczynę, a ciotka sama nie ma chłopa. - zaśmiała się.
- No coś ty? - zachichotałam. - Paa, stara!
- Ja ci dam starą... - usłyszałam jeszcze i rozłączyłam się.
Schowałam telefon do torby i zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu chłopaków, Aubę wypatrzyłam z daleka jak szedł w stronę oceanu, a Nico nie... Podbiegłam do piłkarza.
- Gdzie Nico? - zapytałam spokojnie. - Chyba go nie zgubiłeś?
- Nie, wiem gdzie jest.
- To gdzie?
- A rozejrzyj się. - poradził, a ja tak uczyniłam. Zauważyłam go z jakimś gościem, z którym mały zacięcie rozmawiał i śmiał się. Stali tyłem, dlatego nie miałam pojęcia kto to, i nie chciałam się nawet zastanawiać.
- Nico! - krzyknęłam, a on po chwili do mnie przybiegł, kucnęłam przy nim.
- Cocia.. Ujek jest! - powiedział zadowolony.
- No tak, stoi obok. - spojrzałam na Aubameyang'a.
- Nie ten ujek... Tamten. - pokazał na miejsce, w którym przed chwilą się znajdował. Spojrzałam w tamtym kierunku, ten gościu także patrzył w moją stronę. Podeszłam tam.
- Cholera... Myślałam, że mi się wczoraj przywidziało. - powiedziałam. - Jak mogłam się nie domyślić, te neonowe gatki, tylko Ty je nosisz. - odparłam. Tak, dobrze myślicie, to Mario Götze we własnej osobie.
- Miłe przywitanie. - powiedział i podszedł bliżej.
- Wiedziałeś no nie? - spytałam Pierre, a on przytaknął, kiwając twierdząco głową. - Powiedz, że to sen, z którego zaraz się obudzę i nie będę nic pamiętać. Okaże się, że jestem tu tylko z rodziną, żadnych innych chłopaków... No powiedz, że tak będzie! - zwróciłam się do gracza z numerem 17.
- To ja zostawię was samych. - powiedział Gabończyk. - Chodź Nico, pójdziemy na lody. - wziął małego na ręce i poszli w stronę budki z lodami.
- Auba, no! - krzyknęłam jeszcze.
- Wydawało mi się, że ostatnimi czasy, bardziej się do mnie przekonałaś. - powiedział cicho.
- Bo tak jest... - odparłam. - Ale liczyłam na mały odpoczynek, chociaż przez te kilka dni.
- Nowy Rok też chciałaś opić beze mnie? - spytał.
- Noo... wiesz. Akurat w ten dzień mógłbyś tu być. - zaśmiałam się.
- Dobra.. to jak chcesz odpocząć, to się ulatniam i widzimy się w Sylwestra. - całkowicie zdziwiły mnie jego słowa, takie nie w jego w stylu.
- Żartujesz?
- Nie. - powiedział.
- Jasnee.. Nie wytrzymałbyś. - odruchowo położyłam rękę na jego torsie.
- Pewnie tak. - przyznał mi rację i się uśmiechnął, a ja skrępowana, co nie codziennie się zdarza, szybko zabrałam rękę.
- Oj nie krępuj się. - złapał mnie za rękę i z powrotem położył na swój umięśniony brzuch.
- Głupi jesteś. - skwitowałam.
- Często mi to powtarzasz. - jeszcze bardziej się przybliżył, pomiędzy nami nie było już miejsca.
- Ej, Cocia. Co ty robis z ujkiem? - zapytał mały, podbiegając do nas.
- Gorąco się zrobiło. - mruknął ze śmiechem, Auba.
- Co ja robię? Jak to co? Przytulam. - uczyniłam to, żeby nie było...
- Dlacego go psytulasz? - spytał.
- Bo go lubię. - zaśmiałam się.
- A ujek Cię tes lubi?
- Nie wiem, spytaj się go.
- Ujek, lubis cocię? - spytał.
- Mhm, bardzo. - odpowiedział.
- To cemu, nie jestescie jak moja mama i tata? - dzieciak umie dowalić. Ogólnie wiem, że dzieci lubią zadawać pytania, że czasem ma się ich dość, ale Nico przebił wszystkie inne dzieci, tym pytaniem.
- Wiesz.. Nico to jest tak... - zaczął Mario. - Emm... - nie wiedział co powiedzieć.
- A ja mam pomysł! Chodźmy na basen, tam jest wujek Marco! - odparł Pierre, nie zdając sobie sprawy, jak Nico bardzo jest przywiązany do Reus'a.
- Tak, tak! Ja cę do ujka! - krzyknął uradowany.
- Dzięki. - szepnęłam Gabończykowi na ucho.
- Nie ma sprawy. - postanowiliśmy wracać do hotelu, a dokładniej kierowaliśmy się do reszty mojej ekipy, czyli na basen.



[Marco]
Kilka dobrych godzin spędziliśmy z Jess i moimi siostrami nad basenem, i nadal tam byliśmy. Yvonne, już nie wytrzymywała z nerwów o swojego synka, mimo że Lea uświadomiła jej, że wszystko w porządku, cała Yv... Moje kochane starsze siostrzyczki, a szczególnie Melanie, zawzięcie dyskutowała z Jessicą.
- Wiesz, Marco wydaje się być niedojrzałym palantem, ale to tylko pozory. Tak naprawdę, to wrażliwy dzieciak.. - zaśmiała się Mela.
- Całkiem przypadkiem wszystko słyszę. - przypomniałem o swojej obecności, tuż przy nich.
- Tak, tak. - odpowiedziała, nie zwracając na mnie uwagi. - Wiesz, byłabyś świetną bratową, jakby co, już Cię lubię. - puściła jej oczko, a ja teatralnie wywróciłem oczami, ze względu na zachowanie, siostry.
- I ja też! - poparła ją Yvonne.
- Ja też was lubię. - zaśmiała się. - Marco, masz bardzo fajne siostry.
- No dzięki. - odparłem. - Szczególnie tą jedną.. - spojrzałem znacząco na Mel. - Największa gaduła, świata!
- Nerwus jeden. - roztargała mi włosy.
- Ale od moich włosów się odpieprz. - zagroziłem jej.
- Bo co?
- Wiesz, może i jestem najmłodszy, ale za to najsilniejszy, kochana. - wstałem z zamiarem wrzucenia jej do basenu, tak też się stało.
- Debil! - krzyknęła.
- Też Cię kocham, siostrzyczko. Ale mogłabyś usiąść z nami, pogadać, a nie się wydurniasz. - zaśmiałem się..
- No tak już lecę! - rzekła. - Cię zabić! - dodała.
- Chcesz pozbawić rodziców, jedynego syna? - zapytałem, a reszta towarzystwa wybuchnęła śmiechem, prócz Thomasa, męża Meli, był jakiś dziwny, nie przepadałem za nim.
- Spokój dzieci! - krzyknęła nasza mama, zbliżająca się wraz z pani Götze. Co tu robiła pani Emilia (zmyślone).
Tak oto, zakończyliśmy małą sprzeczkę... Zająłem się pogawędką z Jess. Zastanawiałem się co takiego robi Lea, sama z Nico na plaży. Ona zawsze wolała przebywać w towarzystwie, i tak było tym razem... Okazało się, że towarzyszyli jej także moi kumple, którzy nie wiem skąd, bo nic mi nie powiedzieli, byli w tym samym miejscu na wakacjach, co i my. Właśnie zmierzali ku nas. Nico, gdy mnie zobaczył, od razu zaczął biec i z prędkością światła znalazł się na moich kolanach.
- No hej, maluchu. - przywitałem się.
- Ceść, ujek! Psysliśmy do cebie!
- To świetnie, ale po co się tak pieścisz? Doskonale wiem, że Ty umiesz mówić perfekcyjnie.
- No dobrze, już! - był najwyraźniej zawiedziony, a nie było czym, lecz wiadomo - to tylko dziecko.
- I tak ma być. - zacząłem go łaskotać.
- Ujek! Przestań! - śmiał się.
- Ok, daruje Ci. - zaśmiałem się. - No, no a kogo my tu mamy!? - zwróciłem się do przyjaciół.
- Mario Götze we własnej osobie. - rzekła Lea... - Wiedziałeś, że tu jest? - spytała, szepcząc mi na ucho, a ja pokręciłem głową na boki, co znaczyło, że nie.
- I Pierre, widzę! Nie chowaj się, stary. - przywitałem się z nimi.



[Lea] 
Szliśmy i szliśmy do tego hotelu. Droga z nimi, dłużyła mi się niemiłosiernie. Tu się ganiają, tam mnie wkurzają, normalnie męka, oczywiście głównie chodziło mi o Mario, bo Auba szedł kilka metrów przed nami, wraz z Nico za rączkę i ciągle mu coś opowiadał.
- Tak mnie bardziej pociągasz. - stwierdził, zachodząc mu drogę.
- Czyli, gdy jestem ubrana już nie? - spytałam.
- No też, nawet kiedy założysz na siebie piętnaście swetrów i dzwony... - powiedział, a ja wybuchnęłam śmiechem.
- Gdybym miała dzwony, to specjalnie bym się tak ubrała. - zaśmiałam się.
- Yhym, ale i tak mnie bardziej pociągasz, pół naga. - poruszał znacząco brwiami, idąc tyłem przede mną.
- Super... a ty mnie odtrącasz tymi gaciami. - powiedziałam.
- Co masz do moich oryginalnych kąpielówek? - zapytał z wyrzutem.
- Nie, nic... wcaleee... Po prostu jakby to powiedział Auba, oczojebne!
- Co ja? - odwrócił się Gabończyk.
- Nie nic.. - zaśmiałam się.
- To po to, abyś się nie patrzyła w moje inne części ciała. - powiedział.
- Serio? Chyba bardziej boisz się eksplozji w bokserkach. - zaśmiałam się. - I to przeze mnie. - dodałam, pewnie.
- Wiesz, nie zaprzeczę, bo... oj gorąca jesteś, gorąca... - rzekł obczajając mnie, od stóp do głów.
- Słońce mnie tak nagrzało.
- Słońce, nie ma w tej kwestii znaczenie, gdyż Ty jesteś bardziej gorętsza, od tego fajnego, żółtego kółka. - zaśmiał się.
- Dobra, skończ.
- Prawdę mówię.
- No, ale przestań. - powiedziałam stanowczo i przyśpieszyłam kroku.
- Nogi, fiu fiuuu. - nadal komentował. - A o tyłku nie wspomnę. - zaśmiał się, a ja miałam ochotę mu przywalić, nie przez ten odważny komentarz, a dlatego, że po prostu mnie wkurza.
- Odczep się, ok? - zatrzymałam się, poczekałam na niego i sprzedałam mu kopa, w zadek. Takim sposobem, szedł przede mną, i o to mi chodziło.
- Wiesz... do Twojego tyłka można się przyczepić. - zaczęłam mówić jak on.
- Spłaszczyłaś mi tą nogą! - powiedział.
- Jasne, nie o to chodzi... Ty zawsze masz taki odstający od wszystkiego. - zaśmiałam się.
- Oh, kocie .. przegięłaś. - zaczęłam uciekać, no a on mnie gonił.
- Ujek, dlaczego oni się ganiajom? - spytał mały, Aubameyang'a.
- Ćwiczą kondycję. - odpowiedział mu, piłkarz.
- A dlaczego?
- Bo lubią! - zaśmiał się, i ja zamiast biec, zaczęłam się śmiać. Usiadłam na piasku, śmiejąc się jak głupia.
- Tak wujek Auba, wszystko najlepiej Ci wytłumaczy. - powiedziałam i zaraz Mario mnie dopadł, i zaczął łaskotać, co nie robiło na mnie wrażenia.
- Oj, skarbeńku, przykro. Nie mam łaskotek. - zaśmiałam się.
- Ej no! Kiedyś miałaś!
- Kiedyś...
Potem już szliśmy w miarę przyzwoicie, i dołączyliśmy do reszty zgrai...





_________________________________________
24!
Mam nadzieję, że wyszło. Proszę, moje kochane, zniecierpliwione czytelniczki, szczególnie anonimki, może nie tak bardzo szybko dodaję, ale starałam się pisać i dodać, w ramach rekompensaty, że na poprzedni czekaliście długo.
Tak, tak. Jest Mario... Większość z was, domyśliła się, co miałam w planach od dłuższego czasu..
Eh... no i jak zawsze nie udało mi się was zadziwić! ;<
Mimo to, dzięki że jesteście, co jest bardzo dziwne, iż piszę koszmarnie!
Tak.. ostatnio to sobie uświadomiłam, czytając blogi niektórych z was, czy też jeszcze innych bloggerek.
Niby fajne te moje opowiadania, a jednak... Nie mam za bardzo bogatego słownictwa, i to jest minus... 
Dobra, nie będę się żalić, mam nadzieję, że zobaczę troszkę dużo komentarzy, zwięzłych i na temat :)

Pozdrawiam, Juliana. 

poniedziałek, 27 stycznia 2014

23.



...

Tak. On miał zamiar mnie karmić.
- Aaaaam. - próbował wcisnąć mi to do ust, co w rezultacie obstało się na mojej sukience i jego koszuli.
- Mądre. - skwitowałam i odepchnęłam go.
- Jak dzieci. - zaśmiali się wszyscy, oprócz nas.
- To on. - wskazałam na niego palcem i wstałam od stołu. - Pójdę się przebrać. - oznajmiłam.
Poszłam na górę, bo doskonale wiedziałam, że w moim pokoju znajdują się jakieś sukienki, w których kiedyś nienawidziłam chodzić, nie ze względu jak wyglądały, bo teraz myślę, że są ładne, ale kilka lat temu nikt, a nikt nie przekonałby mnie do założenia sukienki, czy spódniczki. Wyciągnęłam jedną z nich, przyodziałam i z powrotem wróciłam do stołu. Zauważyłam, że Mario także zmienił koszulę... Siedziałam po cichu przy stole, przysłuchując się rozmowom dorosłych.
- Dzieciaczki możecie iść na prezenty. - zaśmiała się, mama.
Posłusznie ruszyliśmy do salonu, nie śpieszyło mi się za bardzo, Marco widocznie też, iż szedł jeszcze wolniej z iPhone'm w ręku.
- Nie powiedziałeś jej, że jedzie z nami? - zapytałam się go.
- Nie. - odpowiedział.
- To dobrze. - rozsiadłam się na kanapie. Marco, Mario i Felix rozpakowywali już prezenty.
- Lea, chodź. - zawołali mnie.
Podeszłam do nich i wcisnęłam się pomiędzy tzw. bliźniaków.
- Zobacz to. - podsunęłam Götze'mu prezent ode mnie.
Kupiłam mu perfumy, ale takie, które mi się podobają i nie będę się przy nich dusić.
- Awww, pomyślałaś o mnie. - ucieszył się.
- Jeżeli jestem skazana na Twoje towarzystwo u nas w domu to musiałam coś zdziałać. - zaśmiałam się.
- Mhm.. - mruknął. - Teraz spadaj na kilka minut stąd! - wygonił mnie. - Muszę coś zrobić.
- Nie no, ok. Jak mnie wyganiasz to idę. - strzeliłam udawanego focha i poszłam do starszego towarzystwa. Nie odzywałam się nic, tylko brzydko podsłuchiwałam dyskusję rodziców. Aha. Czyli gadali o mnie i Mario... Pewnie nawet nie zauważyli mojej obecności w jadalni, ale szczegół. Nie zważali na nic, mówili, że jakbyśmy byli razem, to raz, dwa by nam ślub zorganizowali, no super.
- Lea, chodź już. - powiedział, dusząc się ze śmiechu, Felix.
- O Lea, od kiedy tu jesteś? - zdziwili się...
- Wystarczająco długo, aby dowiedzieć się, że szykujecie mi wesele. - skwitowałam złośliwie, i przeniosłam swoje cztery litery do salonu, gdzie Mario w czapce Mikołaja, leżał pod choinką i Reus'a wpatrującego się w swojego kumpla z zaciekawieniem.
- Haha, Lea idź otwórz prezent. - zaśmiali się.
- Mam go rozebrać? - zaczęłam się śmiać, a wszyscy zaraz za mną. - Innego nie widzę.
- Możesz, ale w innym miejscu i innych okolicznościach. - poruszał znacząco brwiami, mój prezent.
- Idiota... - podsumowałam.
- No podejdź, nie gryzę. - podniósł się do pozycji siedzącej. - I proszę. - podał mi kolorową, świąteczną torebkę, a w niej śliczna bransoletka, naszyjnik, kolczyki i pierścionek do zestawu. A wszystko to, ze złota.
Spojrzałam się na niego, nie wiedziałam co powiedzieć, zaskoczył mnie pozytywnie.
- A i jeszcze jeden prezent. - z powrotem położył się pod choinką. - Dostajesz Mario Goetze'go na wyłączność. - zaśmiał się i wskazał na policzek.
- Spadaj, ale Cię przytulę. - tak jak mówiłam, to uczyniłam.
- Widzisz, ja będę pachnieć, a ty błyszczeć, dobrana pa... - nie dokończył, bo sprzedałam mu kuksańca.
- Musisz zawsze utrudniać? - zapytał z żalem. 
- No co? - wstałam z miejsca i ruszyłam do drzwi. - Idę się przejść. - oznajmiłam rodzicom.
- Tak sama? Późno już. - odezwała się moja mama.
- Nie zginę. - odpowiedziałam. Ubrałam się i wyszłam...



[Mario]
Przyznaję, że źle się zachowałem, ale powiedziałem co leżało mi na sercu. To jest prawda, ja ją kocham, ale nie jestem pewny co do jej uczuć. Po jej zachowaniu mogę spokojnie stwierdzić, że ona nie chcę być ze mną, albo się czegoś boi... Nie wiem. W każdym razie, nie mogłem dopuścić aby coś jej się stało, dlatego wybiegłem za nią. Ustałem na środku drogi, rozglądając się w lewo i w prawo. I ujrzałem postać idącą chodnikiem, byłem pewien, że to ona, iż kto inny mógłby iść w Wigilię na spacer... Hmm, no ktoś by mógł, lecz i tak byłem w stu procentach pewny, że to jednak Lea. Podbiegłem kawałek, ona nie zwracała uwagi, że ktoś za nią idzie, być może nie słyszała, ale wątpię. Myślę, że wie kto to i specjalnie nie reaguje. Szedłem dwa metry za nią. W końcu odwróciła się i patrzyła prosto w moje oczy.
- Dlaczego za mną przyszedłeś? - spytała.
- Przepraszam... Nie chciałem tego tak ująć... ale. Nie wiem, boisz się ze mną być, czy po prostu Ci się nie podobam? - wypaliłem, najprościej jak potrafiłem.
- Nie.. to nie tak. - odparła.
- To jak!? - krzyknąłem zdenerwowany, ale zaraz tego pożałowałem.
- Nie krzycz... - powiedziała cicho. - Ja.... Mario, nie wiem. - próbowała uciec, lecz w porę ją złapałem.
- Czekaj. - pocałowałem ją. Musiałem, nic nie mogło mnie powstrzymać.
Uśmiechnęła się do mnie szeroko... Jakbym jej się nie podobał, to by mnie odepchnęła, przynajmniej ja tak to odbieram.
- Wracamy? - zapytałem.
- Mhmm. - ona także, złożyła na moich ustach subtelny pocałunek i razem udaliśmy się w drogę powrotną.
W trakcie powrotu kilkakrotnie oberwałem śnieżką, w tym raz w twarz. Nie odpuściłem i zrewanżowałem się w inny sposób, poprzez wrzucenie blondynki w zaspę, ja uciekłem na bezpieczną odległość.
- O nie, pożałujesz! - podbiegła do mnie, wskoczyła na barana i wtarła mi śnieg we włosy. Takim sposobem moja fryzura stała się oklapnięta.
- Ho, ho. Moja droga, ze złą osobą zadzierasz. - zacząłem ją gonić, a gdy byłem już blisko przewróciłem się, lecz przed tym zdążyłem pociągnąć na siebie Leę. Leżała na mnie, aczkolwiek szybko się podniosła i zniknęła za drzwiami domu. Także się ruszyłem i obolały wszedłem do środka.



[Lea]
Zaczęłam się śmiać, gdy zobaczyłam Mario, trzymającego się za tyłek.
- Daj wymasuję. - powiedziałam czule, jednocześnie nie mogąc powstrzymać śmiechu.
- Tsa.. - prychnął. - Wolę sam. - zaśmiał się.
- Ale nalegam, no! - odparłam.
- Yhymm.. 
- Dzięki za zgodę. Mwahahahah. - złośliwie się zaśmiałam i kopnęłam go "w siedzenie".
- Auuuu! - krzyknął nagle.
Pobiegłam do salonu, gdzie byli wszyscy.
- A co to się stało, że taka radosna przybiegłaś?
- Bez Mario? - zdziwili się.
- Tam idzie. - odwróciłam się i na jego widok, ponownie wybuchłam śmiechem.
- Nie komentuj. - odezwał się.
- Chodź siadaj. - poklepałam miejsce obok siebie.
- Dzięki, ale wolę postać. - odpowiedział.
- Nalegam. - zaśmiałam się.
- Ty już lepiej nie nalegaj. - warknął, ale nie krył uśmiechu.
- Cicho już! Teraz prezenty od waszych kochanych rodziców. - powiedziała pani Götze.
Oczywiście każdy coś dostał, norma, ale najlepsze zostawili na koniec.
- Lea, nadszedł czas, abyś w końcu nauczyła się jeździć samochodem, żebyś już nie prosiła nikogo o podwózkę...  - zaczął tata.
- Załatwiliśmy Ci, egzamin na prawo jazdy! - dokończyła entuzjastycznie, mama. 
Przytuliłam ich oboje, ale i Marco, bo wiedziałam, że też maczał w tym palce. Tyle razy narzekał, że nie będzie mnie już woził itd... to teraz będę mogła sama sobie radzić. Rozwiewam wasze wątpliwości, iż: Dziewczyna 20 lat, za kilka miesięcy 21 i bez prawa jazdy. Otóż, kiedyś nie chciałam, po prostu nie chciałam, sama nie wiem, dlaczego.
- Dziękuję! - powiedziałam jeszcze.
Posiedzieliśmy jeszcze w rodzinnym, przyjacielskim gronie... Od kilku dobrych minut, młody Felix, ciągle przygląda się to mi, to Mario. Nie wiedziałam o co mu chodzi...
- Wy jesteście razem? - wypalił nagle przy wszystkich, gdy panowała cisza.
- Hahahahahahaha, nie. - odpowiedziałam ze śmiechem, aby nie wzbudzać podejrzeń, natomiast Mario się dziwnie uśmiechał, aż za dziwnie.
- Szkoda. - odparła moja mama, a wszyscy ją poparli.
- Ta, mamo. Ty to byś mi już wesele urządzała. - mruknęłam.
- A no, byłoby niezłe weselicho. - zaśmiał się pan Jurgen.
- Ale nie będzie. - odparłam.
- Poczekamy do trzydziestki. - powiedział piłkarz.
- To już Marco się prędzej ożeni. - zaśmiali się. - A biedak nie ma z kim.
- Właśnie, że ma. - palnęłam. - Oni tak bardzo się mijają, a jak nic są sobie przeznaczeni.
- Kto? - zapytał Reus, nie orientując się w temacie.
- Pozdrów ją. - rzekłam.
- Ok. - odpowiedział nie świadomy. - A nie, ja nie mam dziewczyny. - tłumaczył się, gdy pojął temat.
- Jeszcze... - powiedziałam cicho.




[Kilka dni później]
Właśnie całą rodzinką, lądujemy w słonecznym Dubaju! Strasznie się cieszę, mimo iż byłam tam rok temu, ale to cudowne miejsce i chce się tam wracać. Jeszcze pomyśleć, że spędzimy tam sylwester to.. och, ach.
Wyszliśmy z samolotu, zamówiliśmy dwie taksówki, bo taką zgrają, tzn: Ja, Marco, rodzice, Melanie z chłopakiem, Yvonne z mężem i Nico, w jedną się nie zmieścimy. Ruszyliśmy wprost do najlepszego hotelu, który znajduję się bliziutko plaży. 
- Lea, Ty masz pokój z Marco. - oznajmili. - Jessica sama?
- Nieee! - sprzeciwiłam się.
- To Lea z Jessicą.
- Nie. Wybacz Jess, ale ja chcę sama. 
- Spoko. - uśmiechnęła się.
- Aha, to ustalone. Lea w jedynce, a Marco z Jess w dwójce. Ok.
- Dobrze.
Rzuciłam wszystko w moim cudownym pokoju, nr. 19. Pogrzebałam w torbie i wyciągnęłam strój kąpielowy,spodenki, bluzkę i japonki. Nie miałam zamiaru się rozpakowywać, bo kto się później za mnie 
spakuje, jak mi się nie będzie chciało. Położyłam się na łóżku, trochę powierciłam, żeby sprawdzić jak bardzo jest miękkie. Zdało test, Lea zadowolona z wyniku. Tak wiem, dziwna jestem.
- Chodź! Idziemy na plażę! - zawołał Marco.
- Juuż? - zdziwiłam się.
- Chyba, że nie chcesz. Nikt nie zmusza. - zaśmiał się.
- Chcę i idę! - szybko poszłam się przebrać w wcześniej przygotowane, wzięłam torbę, do której włożyłam najpotrzebniejsze, mniejsze rzeczy, m.in. telefon, krem do opalania i inne bzdety.
Na plaży szybko znaleźliśmy jakieś miejsce, gdzie wszyscy spokojnie się pomieścimy. Rozłożyłam ręcznik, założyłam okulary przeciwsłoneczne, jak każdy i zaczęłam się smarować, aby nie spalić się na buraka, a wręcz przeciwnie, mieć ładną, opaleniznę. A ja jestem blada i trudno do tego dążyć, z Reus'em to samo, blady jak trup.
- Daj, Ci pomogę. - powiedziała Jess, zabierając mleczko i smarując mi plecy. 
- Marco, też byś się do czegoś przydał.
- Już, już. - ten natomiast, zabrał się za plecy mojej przyjaciółki. Zapewne z innej perspektywy wyglądało to komicznie. Nagle zadzwonił mój telefon. To Mario.
- Halo?
- No cześć, jak tam wakacje? - zaśmiał się.
- Bosko, właśnie widzę jakiegoś przystojniaka, chodzącego w samotności po plaży z komórką, może się przyłączę? - odparłam.
- No ja też coś tak myślę, gdy widzę pewną sexy blondyneczkę. 
- Super! To co, idziesz zagadać? 
- Nie, bo mnie opieprzy. - odpowiedział.
- Za co?
- A nieważne. - był tajemniczy.
- Masz przede mną, jakieś tajemnice, no wiesz co, debilu!
- Spokojnie, wkrótce się dowiesz.
- Dobra, daj mi spokój. Przyjechałam tu wypocząć, a nie z Tobą rozmawiać.
- Mhmm, Pa. - rozłączyłam się.
Nudzi mu się czy coś? Przecież sam wyjechał na urlop, tylko nie wiem gdzie, ale na pewno, w takie miejsce ciepłe miejsce, jak to. Widocznie nie ma tam towarzystwa...
Wkrótce po paru godzinach wróciliśmy do hotelu, ja musiałam odespać za wszystkie czasy, a tu miałam taką możliwość. Po drodze, a dokładniej na korytarzu, w którym jest mój pokój. Natchnęłam się na państwa Götze, wychodzących z pokoju z naprzeciwka.
- O, dobry wieczór! - przywitałam ich.
- Dobry wieczór, dobry wieczór. - odpowiedzieli.
- Państwo, sami? - spytałam.
- Nie... z Felixem... - nie dałam im skończyć.
- A to fajnie, widzę, że jesteśmy sąsiadami. - uśmiechnęłam się. - No nic, nie będę zatrzymywać! Do widzenia.
- Do widzenia.
Co jak co, ale ich tu się nie spodziewałam. Nie no, ja nikogo się nie spodziewałam.
Włączyłam sobie telewizor i zasiadłam wygodnie na łożu. Po kilkunastu minutach, usłyszałam pukanie do drzwi. Pofatygowałam się otworzyć, a tam miła niespodzianka! Mój ulubiony kumpel, Auba!
- Pierre? Co ty tu robisz? 
- Lea? Chyba pomyliłem pokoje. - odparł.
- Też coś mi się tak wydaję, ale fajnie, że jesteś. - zaśmiałam się.
- Nawzajem. - szczerzył się. - Wiesz, szukałem pokoju kumpla, ale jak widać nie wyszło.
- I akurat przyciągnęło Cię do mojego pokoju, tak? - spytałam podejrzliwie.
- No tak. - odpowiedział. - Sorry blondi, muszę spadać, bo jak wspominałem, umówiłem się z kolegą na małe piwo.
- Spoko, rozumiem. Ale jutro idziesz ze mną na plażę! - rozkazałam.
- No jasne! Jak bym mógł nie pójść? - zaśmiał się.
- To do jutra!
- Pa. - wyszedł.
Hmmm? Dziwny zbieg okoliczności, a może celowe zachowanie? Tak czy siak, coś tu śmierdzi w tej sprawie. Kolega by mu nie podał właściwego numeru pokoju? Albo on sam się pomylił? Nie wiem, ale chyba niedługo się dowiem...




_____________________________________________________
Na początek... Przepraszam, że długo nie było rozdziału, ale! Skupiłam się na pisaniu pierwszego, na blogu o skokach, i tak mi coś długo zeszło. 
Z tego co wyczytałam z komentarzy, kilka osób się niecierpliwiło, a więc proszę! Macie rozdział! :D
Mam nadzieję, że wyszedł i spodobał Wam się. Jak tak to poproszę o komentarze!
Ostatnimi czasy, zadziwiacie mnie. Po 20 komentarzy, no nieźle, nieźle.
Strasznie się z tego cieszę! <3
Dziękuję!
Pozdrawiam, Juliana.

czwartek, 9 stycznia 2014

22.

     Za dwa dni Wigilia, śniegu nie było.. lecz niestety wystarczyła tylko jedna noc, aby nas zasypało.  Szybko ten czas zleciał, nienajlepiej dla mnie. Ciężko przepracowane dwa tygodnie, no prawie. Niestety, gdy poprosiłam o urlop, do połowy stycznia, ze względu na rodzinny wyjazd do ciepłych krajów, Eva nie zgodziła się na to, dlatego też sama się zwolniłam. I tak oto nie mam pracy i już nie chcę mieć takiej bylejakiej. Musi być porządna, najlepiej abym spełniała się jako fotograf, profesjonalny fotograf. Marzenia zostawmy na bok, wracając do rzeczywistości, czyli chorej bajki, znanej jako: życie Lei. Nie wiem dlaczego, ale zgodziłam się na wypad na miasto, dokładniej do kina z Marco, Jess i ... Mario. Jak zawsze ta sama ekipa. Chłopaki wybrali horror, a my nie miałyśmy prawa sprzeciwu, fajnie nie? Nienawidzę horrorów! Nie dlatego, że się ich boję, bo czasem boję, ale dlatego, iż wtedy chłopcy myślą, że zaraz wczepimy się w nich jak głupie... Cholender... właśnie to się stało. Jessica schowała się w ramionach Marco, ja tak samo, tylko że... Nie, jednak to samo. Reus służył nam jako miś, którego można ściskać, przytulać. Natomiast Götze tylko mruczał coś pod nosem. Mogłam się domyślać, że chodzi mu o TO. Nie rozumiem samej siebie, odrzucam go, ponieważ... nawet nie umiem odpowiedziedź na to pytanie, Wiem, dziwna jestem. Po seansie, Mario jako pierwszy opuścił salę, nie to że siebie nie pojmuję, to jego tak dwa razy. Obraził się? Za takie gówno? Really?
- Ej, Marco! Ustroimy choinkę? Dziś?! - zapytałam, w drodze do auta.
- Najpierw to trzeba ją kupić. - zaśmiał się.
- Ja pierdu... - mruknęłam.
- Jutro się pojedzie na spokojnie. - dopowiedział.
- Zależy. - powiedziałam.
- Od czego?
- A od tego, czy będzie Ci się chciało podnieść z łóżka, ten piłkarski zadziec. - odparłam.
- Spokojna głowa. Da się radę. - rzekł.
- Zobaczymy. - wsiadliśmy do samochodu.
W drodze nikt się nie odzywał... nielicząc śpiewającego Reus'a, hitów Aviciego.
- Heeey brother! - wydzierał się. - Heeey sister!
- Naprawdę umiesz tylko te słowa? - zaśmiałam się.
Bez kitu, on śpiewał ciągle te kilka wyrazów...
- Zamknij się, już. - uciszył go Götze.
- A co ty taki gbur? - zapytał zdziwiony.
- Bo mnie wkur**asz. - odpowiedział.
- Ho ho, ktoś tu wstał lewą nogą. - skwitował.
- U niego nie da się lewą wstać. - przypomniałam sobie.
- Skąd wiesz?
- Nieważne. - omg.. niepotrzebnie głupotę palnęłam. - Choinki w domu macie? - zmieniłam temat.
- Teraz to się wykręcasz. - zaśmiali się.
- Żartowałam, przecież. - odparłam.
- Jasne...
- No tak. - stanęłam na swoim i wyszłam z pojazdu, gdyż byliśmy już na miejscu.
Pierwsza otworzyłam dom i do niego weszłam.
- To my jedziemy! - oznajmił Reus i ruszył gdzieś z Jess, a ze mną zostawił Mario.
Musiał? Akurat teraz? Jechać i zostawić mnie samą, znaczy z nim... Muszę siedzieć z człowiekiem, który źle na mnie działa? Albo dobrze, nawet bardzo. Nie wiem jak on to robi, ale zawsze czuję jego obecność, choć go nie widzę. Zmienił mnie. Jakim cudem? Z oschłej gówniary, zrobił ze mnie osobę pozytywnie nastawioną do świata. Już nie narzekam często na byle co. Narzekam czasem, bardzo rzadko i jak naprawdę mam jakiś powód do tego. Tyle lat się znamy.. Jakby kiedyś ktoś mi powiedział, że pocałuję Götze'go choćby w policzek - wyśmiałabym go. Wypierałam się wszystkiego, co mówili o mnie i o nim. O nas. A teraz? Teraz jest kompletnie inaczej.
- Ty też nie możesz się doczekać wspólnej Wigilii? - zapytał.
- Życzę wytrwałości, bo wątpię, że to nastąpi. - zaśmiałam się.
- Właśnie... całe dwa dni! Jak ja to wytrzymam? - marudził.
- Mario, od psucia humorów, że co? - zdziwiłam się.
- Tak złotko. Będziemy siedzieć przy jednym stole, dzielić się opłatkiem, składać życzenia i całować. - zaśmiał się.
- Żartujesz sobie ze mnie w tej chwili. - podniosłam jedną brew do góry, musiało to wyglądać komicznie, a ja nawet nie wiem jak to zrobiłam.
- To sama prawda, pytaj kogo chcesz. - odparł.
- Przynajmniej na "urlopie" od Ciebie odpocznę. - mruknęłam.
- Nooo, na pewno. - szczerzył się.
- Nie lecisz z nami, prawda? - zapytałam z nadzieją.
- Niestety nie. - zaśmiał się.
- I ty się z tego cieszysz? - nadal pytałam.
- Nom.
- Osz Ty, mendo! - walnęłam go poduszką.
- A co mam Ci towarzyszyć? Dzielić z Tobą pokój i oczywiście łóżko? Chętnie. - podszedł do mnie bliżej. Był zbyt blisko.
- Nie! Nie trzeba. - zaśmiałam się. - Nareszcie będę miała święty spokój... - rozmarzyłam się. - Juhu!
- Nie odpoczniesz mała. - rzekł. - Będę dzwonił! Ale jak na razie zadowolę się Twą obecnością. - uśmiechał się szeroko. Przeniósł swoją dłoń na moja talię.
- Przystopuj "Gecuś". - odsunęłam się.
- Muszę się zrewanżować, wredoto! - ponownie się zbliżył.
- Za co?
- Bo ostatnio mój Facebook oszalał... Ciekawe dlaczego. Hmmm? - powiedział.
- Musiałam!
- A więc, przyznajesz się.
- Ależ naturalnie, waćpanie. - zaśmiałam się.
Ponownie jego dłonie zaczęły obejmować mnie w pasie. Przybliżył swoją twarz znacząco do mojej. Spodziewałam się, że zaraz mnie pocałuje. Wszystko na to wskazywało, lecz na szczęście się myliłam.
- Zemszczę się. - wyszeptał do mojego ucha, przygryzając je, a jednocześnie drażniąc moją twarz kilku dniowym zarostem.
- Mam być szczera? - spytałam nagle, gdy oddaliliśmy się od siebie.
- Ja się prawdy nie boję! - odparł.
- To było okropnie przyjemne, dlatego nie rób tego więcej. - wyznałam. - A i ogól się, proszę. Tobie aż taki zarost nie pasuje, a darmo ryjek poszerza. - powiedziałam co myślałam.



*



Dziś jest ten dzień, dzień strojenia choinki! Właśnie to czynię, mam pomagierów, w tym... jeden, zacięcie rozmawiający przez telefon, za to drugi... siedzący na kanapie i wpatrujący się we mnie. Ugh... zawsze z mamą to robiłam, a teraz jestem skazana na siebie, krzywdząc te piękne drzewko, ozdabiając po mojemu. Ostatnie kilka bombek i i i koniec! A nie.. jeszcze czubek. Z racji tej, że choina dorodna, nie mogłam dosięgnąć jej szczytu...
- Reus! Jak się tu zaraz nie zjawisz, to zapomnij, że pozwolę Ci spotykać się z MOJĄ przyjaciółką! - wydarłam się.
- Jess Cię pozdrawia. - zaśmiał się.
Jak zwykle nie mogłam liczyć na jego pomoc, na Götze'go też nie, bo on taki sam knypek jak i ja. Poszłam do kuchni, aby wrócić z niej wraz z drewnianym stołkiem, który miał mi pomóc założyć ten jakże zacny czubek. Ustałam na niego, pierwsza myśl: "Wyrąbie się".
- Czekaj, bo zjedziesz. - roześmiał się Mario, podszedł do mnie i trzymał mnie za nogi.
- Taa, nie pomagasz. - skwitowałam, gdy zaczął trząść mną... -,-
Szybko, sprawnie włożyłam ostatnią część choinki i dumnie zeszłam ze stołka, no nie do końca..
- Puść mnie! - warknęłam, kiedy nie czułam gruntu pod nogami.
- Już. I widzisz, żyjesz. Dzięki mnie. - szczerzył się.
- Ty lepiej u siebie w domu coś porządnego zrób. - odparłam.
- Choinka stoi, chatka z zewnątrz obświetlona, kolorowa. Nie mam nic do roboty tam..
- A no właśnie! Marco, może zaszczycisz nas swoją obecnością, hmmm? - zapytałam.
- Nom, co chcesz? - w końcu się pojawił. - O jaka choina! - zauważył.
- Spostrzegawczość pierwsza klasa. - mruknęłam. - Weź przykład z kumpla i na dworze coś przystruj! Świeczki, węże są, bo sam je dziś kupywałeś, a chyba nie bez powodu, co nie? - zarządziłam.
- Oczywiście, o pani! - zaśmiali się. - Ty serio ustroiłeś dom? - nie dowierzał, blondyn.
- No bez kitu! - odpowiedział.
- Już, już spadać!
- Ciemno jest. - skomentował, patrząc przez okno.
- No i w czym problem? - zdziwiłam się.
- Nic nie widać? - odpowiedział pytaniem na pytanie,
- A do czego służą lampki pod domem? I latarnie przy ulicy? - powiedziałam. - Raczej ślepi nie jesteście, w piłkę trafiacie, więc won do roboty! - wywaliłam ich za drzwi. - Wszystko potrzebne macie w garażu. - odparłam na do widzenia.
W końcu chwila spokoju, miałam nadzieję, że potrwa ona nieco dłużej. W tym czasie postanowiłam ogarnąć trochę w domu, a że jutro cały dzień będę w rodzinnym domu - nie będę miała na to czasu. Sprawnie to uczyniłam i w ramach odpoczynku położyłam się na kanapie. Długo nie poleżałam, zaledwie kilka minut. Nie wiedziałam, że prawie dwie godziny sprzątałam...
- No to gotowe! - weszli do domu.
- Idę sprawdzić. - oznajmiłam.
- Leć, leć.
Wyszłam pod dom i pierwsze wrażenie nie było najgorsze... szczerze muszę przyznać, że wyszło im to, a wszystko ładnie się prezentowało.
- To się wam udało. - zaśmiałam się, wchodząc do domu.
- Co ci już nie pasuję?
- Nic. Wszystko ok! - odparłam.
- Serio? A może jest krzywo?
- Nie wydaję mi się. - powiedziałam. - Udało wam się.
- Wow! - zdziwili się.
- Co?
- Ty nas pochwaliłaś?
- Można tak to ująć. - zaśmiałam się.
24 Grudzień...




[Marco]
Nie mogłem spać, dlatego bardzo wcześnie jestem na nogach, jest bodajże godzina ósma, może nie tak wcześnie dla niektórych ludzi, ale dla mnie aż za. Usłyszałem, że ktoś wchodzi do domu. W progu zauważyłem Mario z wielką torbą w ręku.
- O dobrze, że nie śpisz. - mówił cicho.
- A Tobie co? - zapytałem.
- Mam pomysł. - zaśmiał się. - Patrz. - pokazał mi zawartość reklamówki.
- Haha, nie no - zwariowałeś! - zacząłem się śmiać.
- Cicho! - powiedział.
- Ale Ty głupi jesteś... - skwitowałem. - Co chcesz z tym zrobić?
- Lea śpi? - zapytał.
- A jak myślisz?
- Śpi. - domyślił się. - To dobrze.
- Aaa, chcesz ją przestraszyć?
- Nie do końca. - zaśmiał się. - Będzie pierwszą kobietą, która spała przytulona do Mikiego.
- Cep. - skomentowałem, nie kryjąc śmiechu.
- Oj tam.
Poszedł się przebrać ... wyglądał ... wyglądał ... haha, jak ciota! Dostałem nagły atak śmiechu.
- Zamknij się, bo mnie wydasz! - uciszył mnie.
- Ok, dobra. Przestaję. - zaśmiałem się. - Albo i nie. Tak idiotycznie wyglądasz, że po prostu nie da się nie śmiać. - powiedziałem.
- Zaczynamy akcję.
jak najciszej weszliśmy do jej pokoju, co było trudne, iż jej drzwi lekko skrzypią. Trzeba to naprawić... Mario wszedł powoli pod kołdrę, a ona tylko mruknęła i położyła głowę na nim, wtulając się w niego jak w pluszowego misia. Wyszedłem na moment na korytarz, bo miałem potrzbę roześmiania się...





[Lea]
Podczas snu, moja poduszka zrobiła się jakoś większa i wygodniejsza. Poklepałam ją trochę i poczułam, że jest jakaś nierówna? LOL. Otworzyłam oczy i ujrzałam coś czerwonego. Podskoczyłam ze strachu i nogami zepchnęłam to coś z mojego łóżka. Usłyszałam Reus'owy, głośny śmiech.
- Auu! - złapał się za bok... Mario.
- Debil... nie no debil! - krzyknęłam, gdy zobaczyłam go w stroju Świętego Mikołaja. - Głupota ludzka, nic więcej. - westchnęłam, aby po chwili także dostać niekontrolowanego śmiechu. - Zabiłabym Cię, że budzisz mnie tak wcześnie. - zerknęłam na zegarek. - Z racji, że jakoś ZARAZ muszę być u mamy... odpuszczam. Kurde! Nie mam czasu! - zaczęłam się wydzierać.
- Spokojnie, garnki nie uciekną. - zaśmiał się, blondyn.
- Spadaj po auto! Odwozisz mnie! - nakazałam.
- Nie chcę mi się. Mario mi zastawił garaż. - oznajmił
- No to, Mario przestaw swój...
- Spoko, ja Cię odwiozę. - zaproponował.
- Dobra, ale weź się przebierz!
- W co? - zdziwił się.
- Nie chrzań, że przyjechałeś w tym czymś? - przeraziłam się.
- Nie, weź... żeby ludzie zobaczyli? - zaśmiał się.
- To dobrze. - ulżyło mi.
Poszłam się ubrać, ogólnie ogarnąć, wzięłam dodatkowo ubrania, prostownicę do włosów oraz kosmetyki na wieczór, i gdy byłam już gotowa, zasiadłam na przednim siedzeniu pasażera w samochodzie. Praktycznie całą drogę leciały dwie te same piosenki i to jak głośno. Pierwsza: "Talk dirty" i: " Toca, Toca"
Oczywiście ta druga bardziej mi odpowiadała...
- Talk dirty to me. - śpiewał.
- Debil, ciota, matoł, cep... - wymieniałam, śmiejąc się.
- Nie przezywaj!
- Przecież kazałeś mówić do siebie brzydko. - zaśmiałam się.
- To już śpiewać w spokoju nie można?
- Można, ale nie w kółko to samo! - odparłam i wyszłam z pojazdu, iż byliśmy na miejscu.
- Do zobaczenia! - powiedział.
- Taa. - mruknęłam i weszłam do środka. - Hej, już jestem. - oznajmiłam.
- W kuchni jesteśmy. - powiadomiła mama.
- O dzień dobry! - zwróciłam się do pani Götze.
- Dzień dobry, dzień dobry. - obdarowała mnie szczerym uśmiechem.
- Kto Cię przywiózł? - zapytała rodzicielka. - Bo w taksówkach muzyki takiej nie ma. - dodała.
- A no, Mario. - odpowiedziałam. - Marco się nie chciało. - wyjaśniłam. - A Mario akurat był u nas i tak wyszło... - uprzedziłam kolejne pytanie.
- Ah, rozumiem.
Zabrałyśmy się we trzy za przyrządzanie wigilijnych potraw. W miarę szybko nam poszło, mama w międzyczasie sprzątała i wszystko zwinnie, porządnie zakończyłyśmy po paru godzinach. Zanim się obejrzałyśmy, a była już siedemnasta. Mama Mario pojechała do domu się przebrać, aby potem wrócić z całą rodziną, niestety bez Fabiana, gdyż on już ma żonę i dziecko z którymi spędzi święta. Od Reus'ów nie będzie Melanie, ani Yvonne, dlatego że one też mają rodzinki, a do nas przyjadą za kilka dni i razem wyjeżdżamy do Dubaju. Ja także podreptałam do mojego byłego pokoju, w którym nic a nic się nie zmieniło od przeprowadzki. Ubrałam wcześniej przyszykowane ubrania, zrobiłam standardowo makijaż i wyprostowałam włosy. Strój prezentował się dość ładnie. W końcu wszyscy się zebrali, męska płeć w garniturach, a żeńska także elegancko.
Ustaliśmy dookoła stoła, aby się na początek pomodlić, natomiast po modlitwie dzieliliśmy się opłatkiem. Zostali mi tylko Marco i Mario.
- No siostra, miłości, przydałaby Ci się w końcu, i na dodatek masz ją tak blisko. - zaśmiał się. - zdrowia, żebym Ci nie musiał obiadków gotować i w ogóle służyć. Wytrwałości z Mario oczywiście.
- Prędzej z Tobą. - odparłam. - Braciszku, żebyś nie skrzywdził mojej Jess, bo pożałujesz. Zdrowia, iż nie chcę mi się słuchać Twojego zrzędzenia. Dużo dzieci. - zakończyłam i się przytuliliśmy.
I ostatnia osoba...
- Lea! Życzę Ci skarbeńku, abyś się kiedyś do mnie wprowadziła. - mówił ciszej, zapewne żeby nikt inny nie usłyszał. - Szczęścia, pomyślności z Mario Götze i dużo se... - tu nie dałam mu dokończyć, gdyż sprzedałam mu kuksańca w bok. - dobra nie powiem tego, ale wiesz, że możesz tylko z Mario? - ponownie go uderzyłam. - I mniej przemocy. - dokończył ocierając ramię, w które dostał w prezencie ode mnie pięścią.
- Powinieneś mi życzyć jakiegoś przystojniaka, a nie. - zaśmiałam się.
- Przecież mówiłem wyraźnie, Mario Götze. - szczerzył się.
- Dobra bez jaj. Po prostu wszystkiego najlepszego! Dużo osiągnąłeś w piłce nożnej, ale możesz jeszcze więcej. - uśmiechnęłam się. Przytulił mnie... nie chciałam przerywać, ale musiałam ze względu na to, że wszyscy siedzą i się na nas gapią. Zabraliśmy się za posiłek, a raczej dwunastu potraw. Na ostatni rzut, został czerwony barszcz, a ja tak nienawidzę tego. Patrzyłam tępo w filiżankę, myśląc co z tym zrobić. Postanowiłam wstać od stołu na moment i zrobić sobie herbatę.
- A ty gdzie, koleżanko? - cofnęła mnie, mama. - Siadaj! - nakazała, nie kryjąc uśmiechu.
- Chciałam tylko... - nie dokończyłam.
- Niech zgadnę... barszcz? Hmm? - zapytała.
- Tak.
- Nie lubisz? - zapytał pan Jurgen.
- Mhm. - przytaknęłam.
- Przecież to jest pyszne. - odezwał się Mario, który siedział na przeciwko.
- Nie dla każdego. - powiedziałam.
- Nie będziemy zmuszać. - zaśmiali się.
- A ja tak. - odparł piłkarz, poszedł do mnie i zaczął...




*******************
Mało info:
Prowadzę teraz 3 blogi. TEN i dwa nowe!
Mianowicie:
na wszystkich trzech, dziś, teraz pojawiły się rozdziały/prolog. :)
ZAPRASZAM! <3
Pozdrawiam, Juliana.

sobota, 28 grudnia 2013

21.

*

Byliśmy już prawie, prawie na miejscu. Aktualnie staliśmy na światłach. Mario położył dłoń na moim udzie.
- Ta rączka jest po to, byś biegi zmieniał. - warknęłam.
- Teraz nie muszę. - zaśmiał się.
- Ale zaraz będziesz musiał. - zrezygnowany, posłuchał się mnie.
- Jak zwykle niedostępna... - mruknął, ledwo słyszalnie.
- Co?
- Nic, śpiewam se. - skłamał.
Po pięciu minutach, zaparkował i zgasił silnik samochodu.
- Gdzie jesteśmy? - zapytałam, iż na dworze było ciemno i nie dało się rozpoznać okolicy, no dobra - ja nie mogłam.
- Nocujesz u mnie. - oznajmił. - Chyba, że chcesz przeszkodzić w czymś bratu? W śnie, albo w czymś innym. - poruszał brwiami, na co zawsze reaguję śmiechem.
- Dobra, ale nie rób tak! - zaśmiałam się.
- Jak? - ponowił ruch.
- No tak.
- Tak? - i znów.
- No weeeeź!
- Co mam wziąć?
- Naprawdę jesteś taki tępy, czy tylko udajesz? - zapytałam.
- Już Cię biorę! - wysiadł z auta i szedł na moją stronę.
Otworzył mi drzwi, podał rękę. Normalnie poczułam się jakby był moim szoferem czy coś. :D
- Nie! - rzekłam stanowczo, gdy chciał mnie wziąć na ręce.
- Czemu?
- Bo nie!
- Aha. - weszliśmy do domu.
Nie czekając, od razu podążyłam na górę do sypialni gościnnej. Götze najwyraźniej także skorzystał ze swojego łóżka, gdyż słyszałam jak wchodził do swego pokoju, który zaraz mieści się obok. Tak znam jego dom na wylot. Po niecałej godzinie zasnęłam, niestety nie na długo. Mój sen trwał około dwóch godzin, wybijała druga w nocy. Ja przekręcam się z boku na bok i nic. Nie mogłam ponownie powędrować do krainy Morfeusza. Zeszłam do kuchni, tam Mario.
- Też nie możesz spać? - zapytałam, a chłopak odwrócił się w moją stronę.
- Byłem zmęczony, marzyłem o łóżku, a tu dupa... - odpowiedział.
- Mam pomysła! - olśniło mnie.
- Dawaj.
- Dam Ci coś na lepsze spanie. I sobie też, oczywiście.
- Nawet wiem o co Ci chodzi. - złapał mnie za rękę i kierował się na piętro.
- Oj, nie wiesz. - uwolniłam się z uścisku i z powrotem znalazłam się w kuchni.
- Jak nie? Co jest innego na szybkie zaśnięcie, oprócz...
- Nie kończ! - przerwałam mu i sprzedałam lekkiego kuksańca w bok. - Zboczeniec. - dodałam jeszcze.
- Ale noo. Wytłumacz mi, jakim cudem istnieją inne sposoby? - odparł.
- Normalnie debil... - skwitowałam. - Na przykład to! - wyciągnęłam z torebki zieloną herbatę.
- Co to?
- Meliska. - zaśmiałam się.
- Zawsze to ze sobą nosisz?
- No tak, a jak pójdę w gości, i nie będą mieli herbaty, to ja mam różne. Zwykłą, owocową, zieloną, do tego kawę i ciastka. - powiedziałam.
- Serio?
- Nie. - rzekłam. - Wzięłam, dlatego, iż, ponieważ, bo... musiałabym się uspokoić, jakbyś mnie odstawił z kwitkiem.
- Jak można olać taką osobę... którą... znaczy. To nieistotne. - zmieszał się. - W każdym razie, nie mógłbym. - uśmiechnął się.
- Zapamiętam. - zaśmiałam się i zaparzyłam dwie zielone herbaty. Jedną dałam Götze'mu. A sama poszłam na górę z drugą. Po wypiciu nie myliłam się - zasnęłam. To zawsze tak na mnie działa.



*



Następnego dnia wstałam, wypoczęta, może nie do końca, lecz da się normalnie funkcjonować. Ubrałam się, byłam skazana na wczorajsze ubrania. Ogarnięta i bez makijażu zeszłam na dół. I po raz kolejny spotykam tam Mario z laptopem na kolanach.
- Co robisz? - zapytałam.
- Śpię. - odpowiedział.
- Aha, widać. - dziwny jakiś był.
- Ta Twoja meliska nie działa na mnie, nawet dwa kubki wypiłem. - powiedział.
- Czy ty nie spałeś? - zapytałam.
- Jakoś mi się nie chce. - rzekł.
- Nie dziwię się, ile ty kaw wypiłeś? - zauważyłam puste szklanki i kubki.
- No trzy,
- Lol, na Twoim miejscu bym dostała skrzydeł i latała jak głupia po domu. - zaśmiałam się.
- Zależy od osoby, mnie akurat po kawie się spać chce, tylko nie wiem dlaczego tym razem nie zadziałało. - tłumaczył.
Postanowiłam zrobić szybkie byle jakie śniadanie. Były to po prostu naleśniki, dom sie zapuścił przez te kilka dni i nawet nie było jak zrobić kanapek, chleba brak. Po konsumpcji, pozmywałam, aby nie zostawiać zbędnego bałaganu.
- Co ty taka dobra dla mnie? - zdziwił się.
- Wolę nie ryzykować. Stawiam, że ręce masz niemrawe. - odpowiedziałam.
- Przesadzasz. - odparł, poczym zwalił ze stołu swój telefon.
- Mówiłam... - zaśmiałam się.
- Przypadek.
- Na pewno. - mruknęłam. - Dobra, ja lecę na chatę. - oznajmiłam i kierowałam się w stronę drzwi.
- Czekaj, przecież Cię odwiozę. - poderwał się z miejsca, podbiegł do mnie i także zaczął się ubierać.
- A może na początek się przebierz, najlepiej od razu umyj. - przegoniłam go.
- Ale poczekasz?
- Dobra, niech stracę. - zaśmiałam się.
- Dzięki! - poleciał migiem na górę.
Ja w międzyczasie skorzystałam z jego laptopa. Nie wylogował się z Facebook'a, więc musiałam coś temu zadziałać. Znalazłam w jednym z folderów, głupie zdjęcia jeszcze z wakacji, na których męczyłam się z nimi. Dlatego nie brakowało też moich zdjęć, i paskudnych Caro z Ann -,- Jednakże nie zwracałam na to większej uwagi. Po prostu usunęłam, nie dało się na nie patrzeć. Jedna korzyść, to strasznie ciotowate zdjęcie Mario, które po chwili znalazło się na prywatnym fb Mario z dopiskiem: " Taki byłem pączuś, zjarany *.*   Pozdrówki dla Lei! " i opublikuj.
- Weszłam sobie na fejsa. - powiedziałam, gdy wrócił odświeżony.
- Spoko, mnie wylogowałaś?
- Mhm.
Szczerze, trochę bałam się jechać z kimś kto nie spał całą noc, a wcześniej przejechał setki kilometrów. Na szczęście, jakoś się udało dojechac bez żadnych komplikacji. Weszłam do domu, Mario zaraz za mną, lecz trochę się skradał.
- O Lea! Jak tam? - zauważyła moją obecność, przyjaciółka.
- Tak sobie. - odpowiedziałam.
- A weż nie zaczynaj znowu! Tym razem nie uwierzę, że tam został i nie wróci. - rozgryzła mnie. - Oj no, Mario wyłaź, doskonale wiem, że tam jesteś.
Posłuchał się.
- Chodź, niech Cię wyściskam! - zaczęła go przytulać, a ja stałam i gapiłam się, złowrogim wzrokiem, nawet nie wiem czemu. Jess to zauważyła i przerwała big hug'a.
- Nie bądź zazdrosna. - zaśmiała się, za co miałam ochotę ją udusić, własnymi rękami.
- Gdzie mój i tylko mój, braciszek? - zapytałam.
- W sklepie, zaraz powinien być. - odparła. - Mario co się nie odzywasz?
- Nie pytaj. - uprzedziłam go,
- Uhuhuhu dzika noc?
- Wiesz co? Ty lepiej się zamknij! Chłopaczyna nie spał w nocy i nawet melisa nie pomogła! - wyjaśniłam. - Gadaj Ty! Co robiliście sami, we dwoje, chłopak i dziewczyna... - śmiałam się. - Pewnie filmy oglądaliście?
- Nom, zgadłaś. - powiedziała.
- Jestem! - wkroczył wysoki blondyn.
- Braaaaacisek wlócił! - krzyknęłam.
- O masz Ci los. Znowu oni. - zaśmiał się, Reus.
- Ej, ej. Przecież miałaś być już wczoraj! - przypomniała sobie, brunetka.
- Późno wróciliśmy. - odpowiedziałam.
- Kto spał od ściany? - zapytał z miną poważną, Marco.
- Yyy, nikt... - powiedziałam, nieco zdziwona tym pytaniem.
- Boo, łóżko mamy na środku. - dokończył Götze i objął mnie ramieniem.
- Wydawało się, że jesteś zmęczony. - warknęłam, strącając jego rękę ze mnie.
Oni wybuchnęli śmiechem, a ja tylko zmroziłam ich, dosłownie zabójczym spojrzeniem.
- Nie gniewaj się. - usiadł obok mnie.
- Spadaj. - poszłam do swojego pokoju.
Założyłam słuchawki i zatraciłam się w muzyce.
I might be, anyone
I lone fool, out in the sun
Your heartbeat of solid gold
I love you, you' ll never know...

Mimo głośnej muzyki, usłyszałam, że ktoś dobija mi się do drzwi, które zamknęłam. Postanowiłam otworzyć. Przekręciłam kluczyk i z powrotem rzuciłam się na łóżko. Do pomieszczenia wszedł Mario, można było się domyślić. Usiadł obok, na więcej nie mógł sobie pozwolić, ze względu na mnie. Rozłożyłam się tak, że całe wyro zajmowałam. Nie reagowałam nawet, na jego obecność. Chciałam się odezwać, już otwierałam usta, ale to by było chamskie z mojej strony, dlatego w porę ugryzłam się w język. Zdjęłam słuchawki i poszłam do łazienki. Trochę poprzeglądałam się w lustrze i wyszłam, Götze spał... Nie zdziwiło mnie to. Kiedyś musiał zasnąć. Poszłam na dół do reszty towarzystwa.
- Gdzie Mario?
- Śpi. - rzekłam obojętnie.
- Aż tak?
Opowiedziałam im, a szczególnie Reus'owi przyczynę nagłego padnięcia piłkarza.
- Aaaaaa.
- Beeee. - zawyłam. - Ej która godzina? - zapytałam.
- Po piętnastej.
- Nieeeeeeeeeeee! - krzyknęłam na cały dom. - Choooooleraaaaaa, cholerkaaa. - zaczęłam głośno nucić.
- Co Ci? - zapytali, oszołomieni moim zachowaniem.
- Do roboty się kur, spóźnię. - nadal jakby śpiewałam te słowa.
- Jakiej znowu roboty?
- Niewaaaażne. - ciągle to robiłam.
Pobiegłam na górę, wzięłam torbę, w którą zapakowałam mój strój i telefon. I ponownie zbiegłam na parter.
- Narka! - wyszłam szybko.
Na moje szczęście po drodze napotkałam taksówkę, z której bez żadnego wahania skorzystałam. Po dziesięciu minutach byłam na miejscu.
- O jesteś! - przywitała mnie szefowa. - Myślałam, że nie przybędziesz na czas.
- Szczerze? Ja też. - zaśmiałyśmy się.
- No już, leć się przebieraj. - popędziła. - Musisz mnie jakoś do siebie przekonać. - zażartowała. - W końcu pierwszy dzień w pracy.
Gotowa i zwarta do obowiązków, zaczęłam robić swoje.




[Mario]
Tak fajnie mi się spało... Akurat musieli sie drzeć i mnie obudzić.
- Głośniej nie można? - zapytałem zaspany.
- To Lea. - Marco od razu złożył na siostrę.
- Gdzie ona jest?
- Sami nie wiemy, mówiła o jakiejś pracy. - zastanawiali się.
- Aaa, to nie powiedziała wam? - zaśmiałem się.
- No nie, ale Ty coś wiesz. Gadaj! - rozkazała Jessica.
Wyjaśniłem im wszystko dokładnie i po kolei.
- Zwariowała. - skwitowali jednocześnie. 
- Ja się was boję. - odsunąłem się.
- Trening dziś, idziesz? - zmienił temat.
- No, wypadałoby. - odrzekłem.
- To się zbieraj.
- Już? Tak szybko?
- Ziom, za godzinę trening.
- Aaa.
- Poza tym, ja też spadam. - oznajmiła Jess.
- Dokąd? - zdziwił się, Reus.
- Jakbyś nie pamiętał, to nie mieszkam tu, w końcu powinnam zjawić się w domu. - zaśmiała się.
- Dla mnie, to możesz tu się przeprowadzić.
- Oj, Marco. - poczochrała jego włosy. - Niestety, nie skorzystam.
- A ja sam będę siedział. - zasmucił się.
- Masz Leę, aczkolwiek. Odwiedzę Cię czasem. - roześmiała się.
- Czasem... - powtórzył.
- Jak dzieciuch. No ej! Walnij smile'a! - poprosiła, a on to zrobił.
- Tak wiem, jesteście tacy słodcy, że wcale. - mruknąłem. - Ale obowiązki wzywają, moi mili. - zaśmiałem się.
- Ty i obowiązki. - wybuchnęli śmiechem.
- Nigdy nie dacie mi czegoś poważnego powiedzieć. - oburzyłem się.
- Boś nigdy poważny nie był. Na bankietach - Mario się śmieje, konferencje prasowe - chichrasz się. Nie ważne gdzie jesteś, a Ci wesoło. - podsumował mnie przyjaciel.
- Powinieneś się cieszyć, bo dzięki niemu i Twój ryjek się cieszy. - wtrąciła, Jessica.
- Właśnie. - poparłem ją i przybiliśmy żółwika.
- Dobra, lecim. - zaśmiał się. - Jess, jesteś gotowa?
- Właśnie nie... - odparła.
- To zamkniesz dom, jak będziesz wychodziła, a klucze oddasz przy okazji. - powiedział. - Chyba, że zatrzymasz je w razie W.
- Ufa Ci. - szepnąłem jej na ucho, na co się zaśmiała.
- Ok, ok. Spadajcie, bo się spóźnicie. - "wygoniła nas"




*



W szatni wszyscy uchachani, bo jak zwykle rozbawiał wszystkich Pierre, nasz nowy zawodnik. Jest jeszcze Papa i Miki, z którym dzielę miejsce w składzie. Niestety... Jeszcze nie zdążyliśmy się poznać. Na razie najlepiej z nich dogaduję się z Aubą, zarąbisty gostek, a na boisku szybki jak nikt inny. Jednymi słowy: skarb BVB. A może tajna broń.
- Ooo, bliźniaki przyszli! - zawsze tak nas nazywa. Mnie i Marco.
- A ten znowu zaczyna. - zaśmiałem się i przybiłem z nim high five.
- Moja wina, że macie identyko fryzurki?
- Za to Ty, oryginalny. - zauważyłem, że tym razem, ma z boku zamiast nietoperza, twarz spiderman'a.
- No toć, ba! - szczerzył się. Pozytywny człowiek.
- Nasz Auba, to zawsze jak na haju. - roześmiał się, Marco.
- Bo trzeba się śmiać, wariatkę grać... - przerwał sobie. - Kur.. nie ta kwestia. - po tej wypowiedzi cała nasza grupka wybuchnęła śmiechem.
- A co tu się dzieje? - wszedł trener. - Chciałem Wam pozwolić poćwiczyć na siłce, aleee po tych hałasach muszę się zastanowić.
- Czułko, trenerze. - powiedzieliśmy chórem. To nasz rytułał przed każym treningiem.
- O Mario! To pewnie Ty ich tak rozbawiłeś, co? - zaśmiał się, podchodząc do mnie.
- Nie trenerze, ktoś przejął po mnie tę pałeczkę. - odpowiedziałem.
- Ach tak... Nawet się domyślam się kto, nie Aubuś! - Nasz Kloppik to naprawdę świetny człowiek. - Powiedz mi Mario. Jak tam babcia? - zapytał.
- A dobrze. - raczej mówiłem prawdę, gdyż babci nic nie jest, a dawno jej nie widziałem.
- Wyzdrowiała?
- Tak. - uśmiechnąłem się.
- I świetnie, pozdrów ją kiedyś tam.
- Na pewno. - zapewniłem.
- Trzy minuty i widzę Was na murawie! - dodał jeszcze i wyszedł.
I znowu wszyscy zaczęli się śmiać. Ze mnie...



*



Po treningu...
- Eee, bracia! - krzyknął ktoś za nami, to był Pierre.
- Ta?
- Znam fajny pub, w którym wieczorami są dzikie imprezki, a w dzień zwykły poukładany lokal. Iiii chodźcie na kawę! - zaproponował. - Albo cokolwiek, piwo i te sprawy.
- Dobra, czemu nie. - zgodziliśmy się, wsiedliśmy wszyscy do mojego auta i odjechaliśmy, gdzie Gabończyk nas pokierował.
- W ogóle. Kevin miał jeszcze dojść, pojechał na chwilę do domu. - oznajmił nam.
- Spoko, spoko.
Dojechaliśmy na miejsce. Jednak nie byliśmy pierwsi, bo Großkreutz był pierwszy i zajął najlepszy stolik, z wielką, skórzaną, wygodną kanapą. Jednak zanim usiadłem spostrzegłem na drugim końcu lokalu blondynkę, wycierającą puste stoliki. Chłopaki się rozsiedli, gdy ja podążałem ku jej, celowo przechodząc otarłem się o nią, ta jednak nie zwracała uwagi. Wróciłem do kumpli. Oni tylko podsumowali mnie, śmiechem.
- Auba, weź ją zawołaj. - poprosiłem i nakazałem Reus'owi założyć kaptur, a miał jeszcze full cap'a. Mniejsza.. miał po prostu gapić się w szybę, żeby nie zostać rozpoznanym. Ja zrobiłem to samo, tyle że gapiłem się w telefon, który trzymałem na kolanach. Dałem znak Aubie, aby przywołał ją tu. Dziewczyna, na sobie miała czarną, obcisłą i zbyt krótką spódniczkę, która idealnie eksponowała jej szczuplutkie nogi. Podobało mi się to, jednakże jest i minus tego stroju, zwracała uwagę innych ludzi, zwłaszcza facetów. Oczywiście dokładnie wiedziałem kim ona jest. Podeszła, stała przodem do Kevina, który zagadywał ją zamówieniami ;D Wkroczyłem do akcji, przyciągnąłem ją do siebie na kolana, na co Großkreutz wywalił gały, no tak nie znał jej. Lea zamachnęła się, zapewne po to, aby mi przywalić.
- Akuku. - złapałem jej rękę.
- Znowu Ty... - westchnęła. - Wyspałeś się?
- Nie, bo żeś się darła. - zaśmiałem się.
- Dobra, puść, bo szefowa mnie ochrzani. - posłusznie puściłem ją. - Ludzie się lampią. - oznajmila, rozgladając się.
- Lea, to jest Kevin, a to Auba, którego pewnie kojarzysz, bo był ostatnio. - powiedział Reus, który do tej pory siedział cicho.
- Aaa, Lea, siostra Marco! - olśniło go.
- Nooo.
- Nie było Cię, jak odwiedzałem Marco.
- Na uczelni była. - odpowiedział za nią.
- Dobra, zaraz przyniosę wasze zachcianki. - zaśmiała się i poszła.
Po niedługiej chwili, wróciła z zamówieniami...




[Lea]
- No, no. Widzę, że nasza Lea, ma powodzenie. - zaśmiała się Amelia - barmanka.
- To tylko znajomi i brat. - wyjaśniłam.
- To u znajomych się siedzi na kolanach?
- O daj spokój. Moja wina, że są postrzeloni? - warknęłam. - Amelia, wiem że jesteś spoko, dlatego nie mów nic Evie. Najlepiej nikomu. - odparłam.
- Wspomnę tylko, że odwiedziły nas gwiazdki Borussi. - powiedziała.
- Ok. - zgodziłam się.
Zauważyłam, że Matthias wchodzi do lokalu. Poszłam go przywitać.
- Czeeść! - przytuliłam go.
- No, siemka. - uśmiechnął się. - Przyszedłem w odwiedziny. - oznajmił.
- Widzę, widzę. Chcesz coś do picia? - zapytałam.
- Ty siadaj. Amelia, chętnie przyniesie. - zaśmiał się i zwołał tu ją.
Ona od niechcenia, ale spełniła prośbę chłopaka.
- I widzisz. Nic Ci się nie stało. - zwrócił się do niej.
Pogadaliśmy, pośmialiśmy się i lepiej poznaliśmy. Fajny gość, tylko szkoda, że jest gejem, Mimo to, da się z nim pogadać. W pewnym momencie, ktoś mnie objął od tyłu. Mati tylko promiennie się uśmiechał. A ja przypomniałam sobie, że Götze jest tu obecny.
- Czego chcesz? - odwróciłam się.
- Oj, kochanie. Stęskniłem się.
- Taa, siedzisz i obczajasz ciągle co ja robię. - zaśmiałam się i miałam ochotę dać mu w ryj.
- Lubię na Ciebie patrzeć... Mniejsza, może przedstawisz mnie koledze? - zapytał.
- Mat, to jest Mario, Mario to Matthias. - powiedziałam niechętnie.
- Miło mi. - odezwał się, podając piłkarzowi rękę.
- Mnie również. - rzekł oschle, za co przy najbliższej okazji, go zabiję.
- Wypieraj stąd. - szepnęłam mu na ucho, a on mnie pocałował w policzek.
- Dobra, wracam do kumpli. - oznajmił. - Do zobaczenia w domu, skarbie. - poszedł.
- Nie wspominałaś, że Twój chłopak to Mario Götze. - zaśmiał się.
- Sama nie wiedziałam. - mruknęłam.
- Co?
- Nie, nic. Głośno myślę. - skłamałam.
W końcu zabrałam się do pracy, Matthias zakończył odwiedziny. Tamci na szczęście też...





______________________________
Hej, cześć, siemanko! :)
Jak widać, jest nowy rozdział, w miarę długi. Przynajmniej tak mi się wydaję.
Dziękuję za nominację do LA, postaram się tym zająć, jak tylko znajdę czas.
Jako iż, niedługo zakończy się rok 2013, chciałabym Wam życzyć:
Szalonego Sylwestra, szczęśliwego Nowego Roku i żeby 2014 był o wiele lepszy od poprzedniego! <3
A poza tym...
Zapraszam na nowego bloga!


Pozdrawiam.

czwartek, 19 grudnia 2013

20.

*
Wróciłam do domu...
- Gdzie Ty byłaś? - zapytała z wejścia, Jess.
- Jejuuu, na mieście. Zostawiłam kartkę przecież. - powiedziałam. - Marco! Mam prośbę!
- Co? Jaką? - spytał.
Wyjaśniłam mu wszystko, a on zaczął realizować mój plan. Zadzwonił do Mario i wziął na głośnomówiący.
- No co tam, Marco? - odebrał.
- Nudzi mi się tu bez Ciebie, stary. - jęknął.
- Mi bez Ciebie też. - zaśmiał się.
- Mam pomysł.. Chętnie odwiedziłbym Cię jeszcze dziś czy jutro. Zrobilibyśmy sobie męski wieczór. Co ty na to? - zaproponował.
- A wiesz, że chętnie. - odpowiedział.
- Dawaj adres. -  zaśmiał się.
- Jak na razie mieszkam w hotelu. - oznajmił i podał dokładny adres, a nawet numer pokoju.
- Dzięki. Widzimy się. - odparł.
- No, czekam. - rozłączył.
Tak, dobrze zrozumieliśmy. Mam zamiar jechać tam i to jeszcze dzisiaj!
- Dziękuję! - rzuciłam się mu na szyję.
- Spoko, ale proszę nie zepsuj tego! On ma wrócić, natychmiast. - powiedział.
- Nasza Lea, ratuje związek. No niemożliwe. - zaśmiała się, brunetka.
- Oj, cicho. - skarciłam ją wzrokiem.




*



Spakowałam małą podręczną torbę na drogę. Znajdowało się w niej m.in butelka wody, kanapki, portfel, coś na przebranie, jakby był mus przenocowania. Wszystkie niezbędne rzeczy do życia. Gdy byłam już gotowa, Marco z Jessicą odwieźli mnie na dworzec, gdyż miałam zamiar do Monachium jechać pociągiem. Była dopiero godzina trzynasta, stawiam że dojadę na wieczór. 




[Mario]
Ucieszyłem się, że Marco do mnie wpadnie. Nie widzieliśmy się tylko kilka dni, ale strasznie mi go brak. To mój najlepszy przyjaciel, można śmiało powiedzieć, że brat. Nasze więzi są niezniszczalne, dobrze że jednak nie straciłem go. Czy on mnie? Dziwne to wszystko... Oprócz niego, tęsknie też za wszystkimi z Dortmundu, ale i tak najbardziej za ... Leą. Oszalałem przez tą dziewczynę, a ta tak bardzo mnie zraniła. Leo też. Przeczuwałem, że wpiep*zy się w relacje pomiędzy mną, a blondynką. Zrobił to i wszystko runęło niczym domek z kart. Jak wrócę, to nie mam zamiaru się z nią spotkać, a co gorsza przepraszać. To ona zawiniła, a ja tylko uciekłem od problemów, z którymi sobie całkowicie nie radziłem. Jednak ciągle mam głupie nadzieje, że wszystko się ułoży i to już niedługo. Marzenie...
Poszedłem do sklepu po jakiś prowiant, żeby się przygotować na przyjazd Reus'a. Wkładałem do koszyka same pyszności, mianowicie żelki, chipsy, colę, coś mocniejszego, piwo oczywiście też. Zapłaciłem i powolnym krokiem udałem się do domu. Tak, do sklepu chodzę pieszo, gdyż mieści się bardzo blisko hotelu. Teraz, wystarczyło czekać na zjawienie się kumpla.




[Lea]
W ciągu długiej podróży nieźle się wyspałam na dodatek przy muzyce. Relaks... Ale nie ukrywam, że lepiej by było na wygodniejszych fotelach, najlepiej na mięciutkim łóżku. Po wyjściu z pociągu, niedaleko ujrzałam stojącą taksówkę, z której migiem skorzystałam. Podałam kierowcy adres i po dwudziestu minutach byliśmy na miejscu, zapłaciłam przemiłemu panu i ruszyłam wprost do wielkiego budynku, jakim był nowoczesny hotel, zapewne jeden z najlepszych w tym mieście. Wywnioskowałam to rozglądając się po parterze. Nie dziwię się, że Mario w nim się zatrzymał. Podeszłam do recepcji, bo nie pozwolono mi przejść tak po prostu.
- Ja do Mario Goetze. - oznajmiłam.
- Kim pani jest?
- Przyjaciółką, bliższą przyjaciółką.
- Pan Goetze, wspominał, że ktoś do niego wpadnie, ale na pewno to nie pani, przepraszam. - powiedział recepcjonista.
- Brat nie mógł, ale jestem ja. - pokazałam mu, mój dowód.
- Lea Reus. - przeczytał. - Coś nie chce mi się wierzyć. - powiedział.
Odeszłam chwilę od niego, zadzwoniłam do Marco i wytłumaczyłam mu wszystko.
- Proszę. - podałam telefon panu mądralińskiemu.
- Po co mi to pani daje?
- Proszę, niech pan pogada z bratem. - wziął komórkę do ręki.
Zaczął dyskutować z blondynem i chyba udało się.
- Przepraszam za nieporozumienie. Następnym razem będę pamiętał, że pan Reus, ma siostrę.
- Świetnie... - powiedziałam mało entuzjastycznie. - Mogę już iść? - dodałam po chwili.
- Tak, oczywiście.
Pojechałam windą na trzecie piętro, gdyż tam znajdywał się pokój bruneta. Kiedy już stałam pod jego drzwiami. Nie wiedziałam co robić. Pukać, czy też nie. Szczerze, to bałam się. Strasznie się bałam, że odstawi mnie z kwitkiem do domu i nie będzie chciał znać. Bezradnie usiadłam pod drzwiami i zaczęłam się zastanawiać czy dobrze robię. W końcu odważyłam się zapukać. Nikt nie otwierał, ponowiłam czyn i tak w kółko...



 " Are you gonna stay the night? "

[Mario]
Kąpiąc się, usłyszałem stukanie do drzwi. Szybko zakończyłem czynność, ubrałem bieliznę i z ręcznikiem w ręku poszedłem otworzyć. Byłem pewien, że to mój przyjaciel. Otworzyłem i nikogo za drzwiami nie zauważyłem. Wychyliłem głowę i rozejrzałem się. Pod moim pokojem siedziała skulona, dziewczyna.
- Lea? - zdziwiłem się na max'a.
W tym momencie uniosła głowę i spojrzała na mnie.
- Mario... - odparła.
- Co Ty tu robisz? - zapytałem, nie mając pojęcia jak to odbierze.
- Wiedziałam... - mruknęła. - Wiedziałam, że nie będziesz chciał mnie widzieć. Sorry za zamieszanie. - poszła sobie...
Nie mogłem pozwolić, aby ot tak poszła... nie teraz, nie znów.
Nie zważając na to, że byłem w samych bokserkach, zacząłem ją gonić i udało mi się to. Złapałem ją za rękę i pociągnąłem do pokoju. Żeby bardziej ośmielić blondynkę posłałem jej ciepły uśmiech.
- Czemu mnie zatrzymałeś? Przecież... nie chcesz mnie znać. - powiedziała cicho.
- Ty to sobie wmawiasz. - zaśmiałem się. - Nie wierzę, że tu jesteś. W ogóle jak Ty tu dotarłaś?
- Pociągiem. - odpowiedziała.
- Chcesz coś do picia? A może zmęczona jesteś, co?
- Poproszę. - wszystkie słowa wypowiadała bez żadnej pewności, jakby się czegoś bała. - Spałam w pociągu. - oznajmiła.
Poszedłem do kuchni.
- Sok, czy może piwo?
- Naprawdę, nie wiesz? - zaśmiała się, cieszyłem się z tego powodu. Uwielbiam jej uśmiech...
- Wiem, ale mogłaś zmienić zdanie?
- W tej kwestii, nigdy nie zmienię. - odparła.
- Może i tak. - usiadłem obok.
- Mario nie przedłużajmy. Jestem Ci winna wyjaśnienia.
- Dobrze.. - nie chciałem wracać do tego tematu, ale jak muszę tego słuchać, to zrobię to... dla niej.
- Ja... ja go wtedy pocałowałam, bo... byłam pewna, że to Ty. - zaczęła. - Ale pomyśl, co byś zrobił na moim miejscu? Wyobraź sobie... Przychodzi ktoś za Tobą, chłopak, który zaczyna Cię całować w szyję i co byś pomyślał? - mówiła. - Bo to wszystko momentalnie skojarzyło mi się z Tobą.
- Rozumiem. - powiedziałem.
- Dopiero wtedy, gdy zobaczyłam, że jesteś totalnie w innym miejscu, zorientowałam się co zrobiłam...
- Lea, wiem.
- Uwierz, ja do niego nic nie czuje... Nawet nie wiem czy go lubię...
- Lea!
- To znaczy, że...
- Skończ! - zaśmiałem się.
- Ach tak, nie chcesz tego słuchać.
- Nie, nie. Ja wszystko dokładnie wysłuchałem, ale Ty mnie nie słuchasz. - rozbawiła mnie ta sytuacja.
- Wybacz... - wyglądała tak niewinnie.
- Jesteś rozgrzeszona. - odparłem.
- Serio? - zdziwiła się.
- Jak mógłbym inaczej? - zaśmiałem się.
- Nie no. Od początku powinieneś wiedzieć, że nie miałeś innej opcji. - humor jej się poprawił.
- I wiedziałem.
- To dobrze.




[Lea]
Wybaczył mi... siedzimy i rozmawiamy jakby nic nigdy się nie stało. W pewnej chwili zadzwonił mój telefon. To Marco.
- Halo? - zaczęłam cicho.
- I co?
- Masakra. - pociągnęłam nosem.
- Nie płacz, nie warto. Kiedyś mu przejdzie. - odezwała się Jess.
- Czyli kiedy?
- Nie wiem, miejmy nadzieję, że niedługo.
- Ale... on nie wróci do nas, już nigdy. - udałam, że płaczę. - Powiedział mi to.
- Co to za śmiechy? Wrabiacie nas!
- Jestem w hotelu na kolacji... Wiesz ile tu zakochanych par? A wśród nich jedna samotna ja...
- Zaraz zadzwonię do tego... Mario! Jess daj mi swój telefon. - usłyszałam.
Po chwili komórka bruneta zaczęła wydawać dźwięki.
- Co to znowu? Hmmm, niech zgadnę, jednak nas wrabiacie?
- Wiesz ile tu ludzi? Co druga osoba gada przez telefon.. O Matko! Tracę zasięg. Pip, pip, pip.. ha-ha-hallo! - rozłączyłam się.
- Odbieraj. - rozkazałam mu.
- Mario jak mogłeś ją tak potraktować! To moja siostra. - w tym momencie ja nie wytrzymałam, zaczęłam się śmiać. - Jesteście debilami! Gorszych imbecylów nie ma na świecie! - zaczął się drzeć na nas.
- To Lea zaczęła!
- A ty skończyłeś. 1:1. - zaśmiałam się.
- Dobra, nie przeszkadzam, powodzenia. - pożegnał się blondyn.
W międzyczasie Mario stwierdził, że mu zimno i poszedł się ubrać.
- A może Ty mnie rozgrzejesz? - wystawił głowę zza drzwi sypialni.
- Z chęcią. - zaśmiałam się, a on szybko do mnie podszedł.
Nie wiem na co on liczył, ale jestem pewna, że mój pomysł, jest dużo lepszy. Delikatnie popychałam go do tyłu, patrząc mu prosto oczy, aby nie wzbudzić podejrzeń. W końcu oparłam go o ścianę, na której jest grzejnik.
- Auuu! Tyłek mi płonie! - zaczął panikować, natomiast ja - wybuchnęłam śmiechem.
- Nigdy się nie zmienisz. - skwitowałam. - Lepiej, idź się ubierz. - popędziłam go.
- Czemu?
- Tak jakoś dziwnie.. Zresztą.. to Twój pokój. - zmieniłam zdanie. - Pójdę do recepcji. Załatwię sobie własny. 
- Nigdzie nie pójdziesz. Chodź. - pociągnął mnie za rękę i prowadził gdzieś. - Proszę. Sypialnia jest do Twojej dyspozycji. 
- A ty?
- No ja mogę z Tobą. - zaśmiał się. - Ale jeśli nie chcesz, będę spał na kanapie.
- Masz szczęście, że jest wygodna.
- Nawet jeśli.. Dla Ciebie wszystko. - uśmiechnął się.
Poszłam do łazienki przebrać w piżamy, zmyłam makijaż, zrobiłam sobie warkocza i po piętnastu minutach opuściłam pomieszczenie. W sypialni leżał Mario i śmiał się wniebogłosy oglądając telewizję.
- Co się tak ryjesz? - zapytałam.
- Patrz. - wskazał na ekran plazmowego telewizora.
Faktycznie śmieszne. Leciał teledysk piosenki Caroliny Marquez i Pitbull'a "Get on the floor". A w nim jakieś dziewczyny w majtkach i krótkiej bluzeczce grają w nożną..
- Uuuu, tyłkiem odbija! - zaśmiał się. - No takiemu bramkarzowi bym strzelał. - dodał po jakiejś chwili.
- Ta, każdemu z cyckami. - mruknęłam, zabierając mu pilot i wyłączając to ustrojstwo. - Spać! - zarządziłam lekko podirytowana tamtym widokiem.
- No co robisz?
- Trzeba iść spać, jutro rano odwieziesz mnie na dworzec.
- Jaki dworzec?
- No, muszę wracać do Dortmundu. - wyjaśniłam.
- A co, Marco sobie nie radzi?
- Nie, nic z nim związanego, a jak jesteś taki ciekaw, to do pracy muszę iść.
- Pracy? - zdziwił się.
- Dokładnie, więc spadaj lulu ! - zaśmiałam się.
- Nie wierzę. - stał jak wryty wgapiając się we mnie.
- To uwierz. - wypchnęłam go z pokoju i wcisnęłam mu w rękę poduszkę.



*



Z samego rańca rozbrzmiał mój budzik, odruchowo sięgnęłam po telefon, który zamiast znaleźć się w moich dłoniach spadł z hukiem na dębowe panele. Po niedługiej chwili do pokoju wtargnął Mario.
- Nie śpisz? - zapytałam.
- Mam spokojnie spać, kiedy słyszę jakieś bombardowanie.
- Sorry, godzina góra dwie i mnie nie ma - powiedziałam.
- Na którą idziesz do tej pracy?
- Jutro na południe. - odpowiedziałam.
- I masz zamiar się tłuc pociągiem, naprawdę?
- A co samolotem?
- Nie, wrócisz ze mną, wieczorem. - oznajmił.
- To ty nie będziesz grać w Bawarii?
- Nie ciągnie mnie tam. Wolę Dortmund, żółto-czarne stroje, ponad 80 tysięcy kibiców i wspaniałą atmosferę na stadionie. - uśmiechnął się.
- I już mnie nie zostawisz? Znaczy.. nas. - zmieszałam się.
- Jeśli nie wywiniecie mi jakichś numerów i ...
- Mario!
- Żartowałem. Jak na razie nigdzie się nie wybieram, a już na pewno nie tu...
- Mam nadzieję.
- Możesz być tego pewna. - uśmiechnął się.



*



Pora wracać... do domu.




*************
Łapcie 20 rozdział ;)
Muuuuuusiałam ich pogodzić! Inaczej bym nie wytrzymała długo xD
Mam nadzieję, że się cieszycie? :D Ja też.
Jutro ostatni dzień szkoły i to jaki luźny ... xd Giit.
Komentuuuujcie! <3

Pozdrawiam.