niedziela, 27 kwietnia 2014

Prolog, cześć II.

     Po wczorajszej imprezie, zrobiliśmy sobie noc filmową, dlatego nikt z obecnych w salonie nie raczył otworzyć drzwi, do których ktoś natarczywie dobijał się od dobrych pięciu minut. Na seansie zostało tylko kilka osób, jedni wrócili do domu, drudzy zaś, czyli Mario, Pierre i Jess zasnęli razem ze mną i Leą w salonie na kanapach. Jakoś się pomieściliśmy, choć Auba grzecznie spoczął na podłodze albo... spadł? Mniejsza... ja tam zobaczyłem Leę! Dziewczynę o porażającym podobieństwie do mojej siostry. Spojrzałem za siebie i nie myliłem się, blondynka spała na sofie, ani drgnęła, a przede mną nadal stała młoda kobieta.
- Ty jesteś Marco? - zapytała w końcu. Głos miała w ogóle inny, szczerze? Nie rozumiałem niczego z tej sytuacji. Cholernie podobna do Lei, pyta się o mnie, do tego kaleczy niemiecki. Jakieś wyjaśnienia?
- No tak. - wymusiłem uśmiech. - A ty? Co cię do mnie sprowadza? - zapytałem zaciekawiony, przecierając ręką oczy. Nie wyspałem się, do tego nie zdążyłem się jako tako ogarnąć. Stałem przed nią we wczorajszych ubraniach, zapewne najlepiej nie pachniałem, ale cóż... ona nie wie, że właśnie mnie obudziła.
- Ja jestem Lena i bardzo chciałam pogadać z Leą, bo to twoja siostra? - spytała, udając, że nie wie. Pokiwałem twierdząco głową. Dobrego pierwszego wrażenia na mnie nie zrobiła, niby nic złego nie zrobiła, nie powiedziała, ale jest podejrzana, po prostu dziwna.
- Czekaj chwilę, okej? - zamknąłem jej przed nosem drzwi. - Lea, Lea... wstawaj! - potrząchałem nią, aż w końcu wysiliła się, na uchylenie powiek.
- Czego chcesz? - warknęła.
- Wiesz... może to brzmi dziwnie, ale za drzwiami stoi twój klon, dosłownie. - wyjaśniłem najszybciej jak mogłem. Blondynka zapewne pomyślała, że na starość coś mi się w głowie poprzestawiało, jak zawsze, lecz tym razem nie zdawała sobie sprawę z sytuacji. - Kurwa, tym razem mówię prawdę. - dodałem, widząc, że nie zwraca na mnie uwagi, specjalnie.
- Marco, rozumiem, że wypiłeś w nocy trochę, ale serio nie zawracaj mi dupy. - powiedziała zażenowana, przekręcając się na drugi bok.
- Co jest? - obudził się Mario. W nim nadzieja, wytłumaczyłem mu wszystko, sam aż poszedł sprawdzić. Zajrzał przez 'judasza' i momentalnie się cofnął. - Boże, Lea, wstawaj! Wstawaj, bo cię zaraz zgwałcę! - podziałało. Zacząłem się śmiać z własnej siostry, bo z prędkością światła znalazła się przy drzwiach, które bez wahania otworzyła.
- Debile! Przecież tu nikogo nie ma. - wyjrzała...




__________________________________
SURPRISE! Nie mogłam się doczekać aż to dodam :D ...Wy bardzo dobrze widzicie. Jedziemy z drugą częścią. Prostuję sprawę, żeby nie było... naprawdę nie miałam w planach kontynuować, ale... tyle miłych komentarzy, normalnie cieplej na sercu. To Wy zmotywowałyście mnie do napisania tego, a ty misiaczku ( Karina ), tak kochana, moje komentarze zawsze są szczere! <3 Fajnie, że wiesz. Nie będę przedłużać, bo niżej... obiecane sceny nieudane! :D 
Wyszły okropnie, nie tak jak chciałam, ale cóż... zobaczcie sami.

#1 -  ( końcówka rozdział 1, początek 2 )
- Już mogę spadać? - zaśmiałam się, siedząc na głośniku. Reżyserka pokazała kciuk w górę. Pierwszy raz, prawie złamałam nos, leciałam dosłownie na twarz. 
- Czy hahahah nic ci się hahaha nie stało? - mówił, dławiąc się ze śmiechu Mario.
- Jeszcze raz! - nakazała.
Znowu usadowiłam się na kolumnie. Wyobraziłam sobie, że tam na podłodze jest mięciutki materac. Spadłam dość realistycznie i udawałam, że skręciłam nogę.
- Lea, nic ci się nie... hahahahahah stało? - nie, z nim nie da się pracować. Powinni od razu zabrać mu tą kwestię.
- Dość! Mario! Masz 5 minut, idź się przewietrz. - powiedziała, kręcąc głową.
- A ja mogę? - poprosiłam, siedząc w niewygodnej pozie.
- Nie! Ty nawet się nie ruszaj. 
- To niech pani tak usiądzie i rozkoszuje się tą chwilą. - warknęłam podirytowana. 
- Mówiłaś coś? - krzyknęła.
- No, że... znaczy nie! Nic nie mówiłam. Przesłyszała się pani. - wolałam jej nie podpadać, wredne babsko.

#2 - przygotowania do nagrania. ( rozdział 4 )
- Piłkarz od siedmiu boleści. - mruknęłam, przygotowując makijaż do nagrywania imprezy. Chłopak spojrzał na mnie, jakby chciał mnie zabić. - To nie ja cię wkurwiam. - warknęłam zażenowana.
- A ty już dawno powinnaś być gotowa, wiesz... chcę po prostu, abyś się pospieszyła. - powiedział, kręcąc się obok.
- Cicho, idź puść oczko pani reżyser i będzie git. - zaśmiałam się, malując usta krwistoczerwoną szminką. Niestety musiałam.
- Próbowałem.
- To spróbuj jeszcze raz. - zrobiłabym wszystko, żeby go wygonić. On nie tylko gra takiego debila, on nim jest. Naprawdę.
- A ja wolę popatrzeć! - usiadł na krześle obok. - Może i mnie być pomalowała. - powiedział pod nosem, co nie uszło mojej uwadze.
- No chodź tu! - wycałowałam go po twarzy, omijając oczywiście usta.. których na planie musiałam posmakować. Teraz wyglądał jak gej. Miał całe czoło, policzki w czerwonej szmince.
- Sceny erotyczne, nagrywane studio dalej. - burknęła nasza kochana pani reżyser. - Raz, dwa! Zmywaj to! - krzyknęła na niego. - A ty kończ wreszcie. - zwróciła się do mnie. - Jakoś nagrywając scenę, nie chcieli się lizać. - wywróciła teatralnie oczami. Mario zaczął się śmiać. - I czego rżysz!? Do łazienki, już! Liczę do trzech. Raz...... dwa........ spieprzaj! - Jakby jej tu nie było, zapewne tarzalibyśmy się po podłodze, znaczy ja.


#3 - impreza u Mario ( rozdział 4 )
- Ja go nie pocałuję! - zaczęłam się śmiać, patrząc na piłkarza.
- Leaaaaaaa! - zawyli dosłownie wszyscy.
- Dobra. - westchnęłam. - No już, tylko szminkę o rękaw wytrę. - powiedziałam żartobliwie.
- Nie masz rękawa. - odezwał się wkurzony już Marco, nie dziwię się mu, bo od godziny męczymy się z jedną sceną. Głównie przeze mnie. 
- Cicho.. - mruknęłam. - No i co tam, Gejce? - puściłam mu oczko. Mario pokładał się ze śmiechu. 
- Nie, my tego nigdy nie nagramy. - jęknęła Ann, czekająca na swoje wejście. 
- Przerwa! - krzyknęła reżyserka. - Ja z nimi nie wytrzymam. - zwróciła się do reszty, na co ja zaczęłam się śmiać.
- Boże, patrzcie. Tak to się robi. - zademonstrowała Jess, która miała takie same zadanie, tylko z Bittencourt'em. 
- Mówi ta, co grała już w trzech filmach. - mruknęłam.
- Dobra, jadziem z tym koksem. - Mario podniósł się z podłogi, na której do tej pory siedział. 


#4 - Dubai ( rozdział 24 )
- Kurde, wiem, że ona ma ładny tyłek, ale chyba nie muszę jej tego mówić? - pieklił się Mario. - Przecież moja mama będzie to oglądać! - teraz wiedziałam, że sobie jaja robi. 
- Twoi rodzice przecież tu są. - zaśmiałam się, patrząc na jego rodzinkę. Jego mama, dosłownie wstrzymywała się, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
- Synku, możesz tak powiedzieć. - krzyknęła, a my wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Nie, no... to powinien być film o śmiechu, bo jest go tu najwięcej.
- Ale babcia, moja kochana babcia będzie to oglądać. Co ona sobie o mnie pomyśli? - posmutniał, nawet łzy mu leciały... od śmiania się.
- Że nie posłuchałeś się rad dziadka. - powiedziałam mu na ucho.
- No wiesz, co? Nie dołuj mnie bardziej. - westchnął.
- Do kabaretu się tylko nadajecie! Na początku ładnie współpracowaliście wszyscy, a teraz co? - zabrała głos reżyserka. 
- Wakacje są! - krzyknął Marco, mający na sobie kąpielówki w kwiatki. 
- Przebierz się, Reus! - warknęła.
- Dlaczegoo!? Mario ma neonowe. - zaśmiał się.
- Reus! Przebieraj się! - gdyby spojrzenie pani reżyserki zabijało, Marco byłby martwy.
- Dobra, już. Niech się pani na mnie nie wkurza, pani Evo! - pobiegł do garderoby.
- Jeszcze on... - jęknęła. - Boże, daj mi profesjonalnych aktorów. - spojrzała ku niebu. 


#5 - Marco i Jess ( rozdział 27 )
- Już mam się budzić? - zapytałem
- Zobaczysz kiedy. - powiedziała 'kochana' pani Eva. Wszyscy ją oczywiście uwielbiamy.
- Jak zobaczę? Przecież muszę mieć zamknięte oczy? - kłócił się.
- Wyczujesz to, debilu. - zaśmiała się, Lea.
- Dobra zaczynamy. Śpijcie. - nakazała.
- Mamo, tato nie patrzcie. - zachciało mi się śmiać, jednak się powstrzymałem.
- Reus! Jeszcze raz.
Patrzyłem na 'śpiącą' Jessicę z 'uczuciem', kiedy ona tak po prostu wybuchnęła śmiechem.
- Jessica! Ty też?
- Ale on się tak rozbrajająco patrzy. - wyjaśniła.
- Mareczku, nie czaruj tam! - krzyknął Mario, za co pozdrowiłem go środkowym palcem.
- To nie Ty leżysz koło pół nagiej kobiety! - odkrzyknąłem.
- Chwilę temu zdejmowałem bluzkę Lei, wiem coś o tym. - powiedział i dostał kopa w tyłek, właśnie od Lei. Mało co się nie przewrócił.
- Jeszcze słowo. - powiedziała stanowczo główna bohaterka filmu.
- Szkoda, że nie gramy w filmie ze scenami łóżkowymi, no nie? - zaśmiał się. On, chyba nie zdawał sobie sprawy, że mówił to głośno. - Mamo, ja tak żartuje, tylko! - krzyknął, aż sam kamerzysta się roześmiał.


No to tyle ;> Może kiedyś powstanie więcej, a jak powstanie to oczywiście dodam.
Zapraszam na aska tylko dla Was: http://ask.fm/JulianaKot

Uszanowanko!

wtorek, 22 kwietnia 2014

Epilog.

...

Co myślicie o przyszłości głównych bohaterów?

Czy Lea zrozumie, że Mario jest dla niej?

Czy Mario zrobi wszystko, żeby mieć Leę dla siebie?

Czy stworzą kiedyś szczęśliwy związek?

A może zostaną przyjaciółmi już na zawsze?

Dowiecie się w drugiej części filmu "Niechciana miłość", której nigdy nie będzie.

(napisy końcowe)

THE END.

*

- Jeju.. chciałabym być na miejscu Lei! - powtarzałam ciągle przyjaciółce.
- Przecież oni nie są razem. - odpowiedziała.
- No i co z tego!? Ale.. całowali się no! - krzyknęłam z zachwytu, chyba trochę za głośno, rodzice mieli dobry słuch.
- Ciota głupia. - zaśmiała się. Zawsze tak do mnie mówiła, bo wiedziała jak bardzo lubię Mario, jako piłkarza. Boże, ja chcę więcej takich filmów!
- Starsza jesteś, a nie rozumiesz... - przewróciłam teatralnie oczami.
- Rozumiem, ale wiesz, że go nie lubię. Wolałabym być Jessicą! Cudowne chwile z Reus'em, choć nie powiem, wolałabym Leosia.
- Ja chcę drugą część! Teraz, już, ewentualnie zaraz. - darłam się, ten film był zdecydowanie za krótki.
- Julek, nie zrozum mnie źle, ani nic... ale drugiej części nigdy nie będzie. - powiedziała spokojnie, żeby mi to uświadomić. Wiedziałam, wiedziałam to, lecz co poradzę, że to takie wciągające. Za bardzo się wkręciłam. Cóż... film, a w roli głównej jedni z najlepszych piłkarzy! Żyć nie umierać. 
- Przecież wiem! Czuję niedosyt... Boże, chyba zaraz sobie sama zakończenie wymyślę! O wiem... Lea + Mario = Łóżko i ... Juliana zadowolona! - sama śmiałam się w duchu, karcąc swoje nienormalne myśli.
- Down! - wręcz tarzała się po łóżku, z którego mało co, nie spadłam - przez nią. 
- Oj, cicho... fajnie by było. - wyobrażałam sobie różne sceny, jakie mogłyby być w następnej części. Byłam jak zahipnotyzowana. Jedno wiem! Sama wymyślę jakieś historię i będę o nich pisać... w internecie. Myślę, że warto spróbować.
- O czym tak dumasz? - zauważyła, że szczerze się, patrząc na ścianę. Taka moja natura. - Dobra, nie chcę wiedzieć. 
- I dobrze. - mruknęłam, nie przerywając myśli i gapienia się w jeden punkt. Zakładam bloga z opowiadaniem! Nawet dwa, a co!




_______________________________________________
Haha, i jest zakończenie! Kto się spodziewał takiego obrotu spraw? Chyba tylko ja i Ci, którzy byli wtajemniczeni, nieliczni. Miało tak nie być, ale jakoś... dwa miesiące temu lub mniej, naszedł mnie taki pomysł i wykorzystałam go. Mam nadzieję, że jest dobrze! Jeżeli będzie dużo komentarzy, najlepiej pobijcie rekord, czyli 26, ale! Sensownych komentarzy i zobaczymy się jeszcze kilkakrotnie na tym blogu, gdy dodam "sceny nieudane", ale to zależy od komentarzy, no! Chciałabym zakończyć, żebym była dumna z siebie, bo 53 obserwatorów, samych nie przyszło, dlatego chciałabym dużo opinii i no... widzimy się xD
Przed podziękowaniami, chciałabym jeszcze Wam oznajmić, kochane o dwóch nowych blogach i dwóch niestarych, ale też nie najnowszych, a więc.... NAJNOWSZE:


Liczę, że będziecie dalej ze mną, bardzo bym tego chciała :)

DZIĘKUJĘ.
Dziękuję tym, co komentowali regularnie i też czasami.
Dziękuję tym, co czytali, chcieli więcej i czekali na więcej.
Dziękuję, za zrozumienie, gdy nie miałam czasu/weny/chęci. 
Dziękuję, za to, że dzięki Wam chciałam to pisać i dokończyć! Dawaliście mi siłę.
Dziękuję za wszystko! Za wszystko... co związane z opowiadaniem.
Dziękuję też temu blogowi, bo dzięki niemu poznałam wspaniałą osobę, dzięki niemu wierzyłam w swoje przeciętne umiejętności, a fabuła i przebieg zdarzeń na tym blogu to nic specjalnego. Proste wymysły.
Kocham Was naprawdę i chciałabym, żebyście mimo zakończenia tego bloga, Waszego ulubionego, byli ze mną dalej, bo blogowanie nie skończyłam, mam jeszcze 4 blogi, gdzie linki podawałam powyżej.
Sama nie wierzę, że to już koniec, szybko zleciało, choć zaczęłam przygodę z tym blogiem 14 lipca :)
Pewnie o czymś zapomniałam... ale mam nadzieję, że to wszystko i jesteście zadowolone z epilogu i ogólnie z opowiadania... pokochałam je, ale musiałam skończyć. 
Jeszcze raz... DZIĘKUJĘ <3
To wszystko.

Chcecie sceny nieudane? - komentujcie :)

Uszanowanko! Juliana


piątek, 18 kwietnia 2014

30.

     Stojąc i przeglądając się w wielkim lustrze, zrozumiałam, że moje życie jest naprawdę do dupy. Inni żyją jak w Madrycie, ja niby też. Właśnie - niby. Wszystkim się wydaje, że bycie siostrą tego Reus'a, jest cudowne, jak z bajki. Otóż, co do rodziny nie mam zarzutów, lecz ja jestem tylko Leą. Już dwudziestojednoletnią dziewczyną o blond włosach i ze specyficznym poczuciem humoru. Taka jestem. Do ideału brakuje mi sporo, ale cóż - takie życie. Życie, w którym nie ma miejsca dla drugiej osoby. Gdzie nie ma miejsca dla miłości, która w dzisiejszych czasach jest przereklamowana.
- No, pokaż się. - do mojego pokoju zawitała przyjaciółka, która wraz z Marco uknuła dzisiejszą imprezę, na którą w ogóle nie miałam ochoty.
- Jess, ja nie chcę.. - jęknęłam, siadając na skrawku łóżka.
- Ty odmawiasz imprezy? Ty? Lea... od zawsze kochałaś imprezować, co się zmieniło? - spytała, wyraźnie zdziwiona moim postępowaniem. Ona zawsze wie, kiedy coś jest nie tak, choć ja sama nie wiem co.
- Ja się zmieniłam. - odparłam. - Mogę zdjąć tą cholerną sukienkę? - zapytałam podirytowana, przewracając teatralnie oczami.
- Nie! - szybko zareagowała. - Zostaw ten zamek. - zabroniła. Zrezygnowana zaczęłam szukać odpowiedniej pary szpilek. - Lea, ludzie się od tak nie zmieniają, a jak już, to na gorsze. - powiedziała łagodnie.
- A widzisz jakąś pozytywną zmianę? - wskazałam na siebie. Stałam się... dziwna, nie wiem jak to inaczej określić, jestem dziwna, przyznaję się do tego, a nie poznaję samej siebie.
- Nie. - rzekła stanowczo. To w niej ceniłam. Szczerość. Szczerość i wytykanie mi wszelkich błędów. Taka przyjaciółka była mi najbardziej potrzebna. - Dziewczyno, ty naprawdę zeszłaś na psy. Nie wiem co się stało z dawną Leą, tą co potrafiła kogoś zgasić swoimi tekstami. Tą, która miała niewyparzony jęzor. Gdzie tamta Lea, z którą się zaprzyjaźniłam?
- Nadal jest, ale pękła... Nienawidzę swojego życia.
- Ale dlaczego, Lea? Ktoś ci coś zrobił? - w tym obliczu, ukazywała się jej troska. Nie no.. kocham ją.
- Nie! Skończmy temat, okej? - zaproponowałam, bo szczerze miałam dość poważnych rozmów.
- Sorry, masz urodziny, a ja ci robię wykład. - przytuliła mnie. Ugh... dziś kończyłam dwadzieścia jeden lat. Od rana odebrałam mnóstwo sms'ów, wiadomości na Facebook'u i innych komunikatorach, mnóstwo życzeń. Urodziny są rutyną. Rutyną, która powtarza się raz w roku, ale tego samego dnia. Nie mam pojęcia, kogo Marco zaprosił, kto w ogóle będzie... To bardziej jego impreza. Niechętnie zeszłam na dół, podążając za Jessicą. Tam urzędował już wystrojony blondyn, zwany też moim bratem.
- Takie dziewczyny... - obczaił nas od stóp do głów. - To ja rozumiem. - zaśmiał się. Boże, jak ja wytrzymałam z nim te wszystkie lata?
- Weź spadaj, to wszystko przez ciebie. - burknęłam zażenowana, siadając na kanapę.
- Nikt mnie nie kocha. - zaczął się śmiać. Tak, śmiać. On jest nienormalny. W zamian dostał buziaka od Jess, po którym nie chciał jej wypuszczać z objęć. Wpił się z zachłannością w jej usta.
- Ugh... nie wiedziałam, żeś taki czuły. - skwitowałam.
- Jak to nie? To patrz. - podszedł do mnie i przytulił. Znaczy, dusił mnie... Czemu on nie może tak robić, wtedy gdy mam kompletnego doła? Co teraz często się zdarza. Nie, nie dusić, ale przytulać mógłby raz na jakiś czas.
- Awww, pokażę kiedyś to waszym rodzicom. - odparła, wpatrując się w ekran telefonu... Czyli zrobiła zdjęcie. - A tymczasem, na tapetę!
- Chcesz mieć na tapecie swojego chłopaka z inną dziewczyną? - zaśmiałam się. - Co ludzie pomyślą? - udzielił mi się dobry humor.
- No coś ty!? Ciebie ucięłam. - odpowiedziała.
- Szczerze, ja też bym tak zrobiła.



*



   Gdy w domu rozległ się pierwszy dzwonek i Marco pofatygował się otworzyć, ja znalazłam idealną wymówkę do ucieczki, która... niestety mi nie wyszła.
- O to ja pójdę się pomalować. - rzekłam, idąc niezauważalnie w stronę schodów.
- LEA! Wracaj, już!... malowałaś się pół godziny temu. - rzekła, gestem dłoni wskazując na gości. - Widzisz, ile imprezowiczów? - no tak, na raz przyszli... chłopaków kojarzyłam, a ich partnerki już mniej, choć miałam z niektórymi styczność.
- No więc, Lea agresorze... przyjmij życzenia. - zaczął Łukasz. - Zdrowia, szczęścia i słodyczy, rodzina Piszczków tobie życzy. - przytulił mnie, a po nim zaczęła jego żona, Ewa.
- Ajj. Łukasz jak zwykle nic nie potrafi sam zrobić. - zaśmiała się. - Kochana, miłości, bo miłość jest w życiu bardzo ważna i potrzebna, a wiem, że taki jeden, też go znasz, ma na ciebie oko. - pocałowała mnie w policzek. - Dziękuję.
I tak to się ciągnęło przez dłuższy czas, ponieważ ciągle ktoś przybywał. Ogólnie nie było tak źle, wypiłam tylko kilka lampek wina, i na tym poprzestałam. Nie miałam dziś na nic ochoty. Tak jakoś smutno mi było... Wszyscy świetnie się bawili, a ja jak zwykle w ostatnich miesiącach - przymulam. Siedziałam i uśmiechałam się sztucznie do wszystkich. 
- Siostra, co jest? Dostałaś tyle prezentów, życzeń, że się w palę nie mieści, a ty co? Smutasz? - usiadł koło mnie Marco. Korzystając z okazji, oparłam się o jego ramię i nic nie mówiłam. Cofam te wszystkie wyzwiska ze złości na niego... a było ich sporo w życiu. Reus jest naprawdę dobrym materiałem na brata, jak trzeba to i pocieszy, choć jest trudno. Dziś objawia się u niego twarz nienormalnego, ale jakże cudownego i poważnego człowieka. Cieszę się, że mama trafiła na takiego faceta oraz cieszę się, że ten facet, jest moim tatą i ma takiego syna. - Czekaj. - powiedział, gdy otrzymał sms'a. Odczytał go i powiedział. - Chodź. - podał mi rękę i prowadził do drzwi. Przed wyjściem podał mi kurtkę, buty. Wyszliśmy na podwórko było cholernie zimno, jak na zimę przystało. Śniegu na szczęście nie było. Na drodze ujrzałam piękne białe Audi S5 i tylko to. Spojrzałam za siebie, Marco kiwał głową, to znaczyło jedno... - to mój samochód! Dostałam samochód... Ale skąd on tu się wziął? Jest po dwudziestej trzeciej, a na drodze nagle wyrosło auto. Dałabym rękę uciąć, że wcześniej go nie było, i że to nie sprawka gości. Niepewnie wsiadłam do samochodu, szczerze? Myślałam, że coś mi wyskoczy z tylnych siedzeń, lecz się policzyłam. To chyba dobrze, w ten sposób uniknęłam zawału. Na siedzeniu pasażera leżała kartka, a na niej: "Świeży kierowca - świeży samochód. Wszystkiego Najlepszego, kochanie. Nie chcemy psuć wam imprezy, dlatego zostawiamy to. Nie, my tego samochodu nie zostawiliśmy. Kochani Rodzice" Wysiadłam i szukałam wzrokiem Reus'a. Na dworze byli już goście... Ale jego nie było... Zza domu zaczęły strzelać fajerwerki, już wiedziałam gdzie jest i po chwili się ukazał.
- To prezent ode mnie i... -  zaczął, podchodząc bliżej.
- Ode mnie. - z drugiej strony wyszedł Mario. Naprawdę myślałam, że pogniewał się na mnie, za wczorajszą rozmowę, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego. A jednak.
- Jeju... - mój wzrok przeniósł się na jego. - Wystraszyłeś mnie. - powiedziałam, gdy byłam tuż przy nim. - Myślałam, że nie chcesz przyjaźni.
- Przecież rozmawialiśmy... - przypomniał mi.
- No tak, ale...
- Żadne "ale", chodź się przejechać! - zaprowadził mnie zza samochód, najlepsze jest to, że miał przyciemniane szyby z tyłu.
- Żartujesz.. teraz? Nie odebrałam jeszcze prawka. - nie chciałam ryzykować. Tak, ja Lea po raz pierwszy, nie bawiłam się w ryzyko.
- No wiem. Taka wymówka. - odparł w miarę cicho, żeby zgromadzeni nie usłyszeli.
- Co? - zdziwiłam się.
- Oj Lea...
- My dobrze wiemy, co tam robicie! - krzyknął, któryś z męskiego grona... Zaśmiałam się sama do siebie.
- Jeszcze nic nie robimy! - odpowiedział donośnie Mario.
- Jeszcze! - usłyszeliśmy ponownie.
- Jeszcze. - powtórzyłam cicho, popchnęłam chłopaka na miejsce, przeznaczone dla kierowcy i pocałowałam. Götze dał mi wyraźny znak, że mu się podobało, iż nie chciał wypuszczać mnie z objęć.. ale to nie mogło trwać dłużej. Dzisiejszy dzień, to wyjątek. Musiałam mu podziękować za miły prezent, Marco także, ale to potem... Potem też wszystko wróci do normy, przynajmniej mam taką nadzieję, chyba, że życie zrobi mi na przekór.




[Marco]
     Czuję, jakby Lea i Mario byli małymi dziećmi, a ja ich wychowuje. Dziwne uczucie, nie polecam. Nie wiem już... nie wypowiadam się na ich temat, bo wiem, że nie ma sensu i to nie przyniesie żadnych rezultatów. Siedzą koło siebie i gadają... o czym? O głupotach zapewne, widząc ich wyraz twarzy, mogę śmiało stwierdzić, że omijają temat miłości, na siłę szukają innego wątku do rozmów. Jak wspominałem wcześniej - to dziecinne, zwłaszcza w ich wykonaniu. Dwudziestojednoletniej dziewczyny i dwudziesto prawie dwuletniego chłopaka. Oboje się zmienili i nie jestem w stanie ocenić, czy na lepsze, czy też nie. Mario nie jest tym samym facetem, jak choćby rok temu, gdy był jeszcze z Ann. Wtedy nie miał tyle swobody, ale przynajmniej zawsze, zawsze było wesoło, słuchając kłótni jego z moją siostrą. Wspaniałe czasy, ale mam nadzieję, że właśnie przyszły jeszcze lepsze...


A w epilogu...
Wszystko okaże się niedługo!


___________________________
Kilka słów od siebie: PRZEPRASZAM, bo zawaliłam na grubej linii. Tak długo nie było rozdziału, a ja przyznaję się, że aż do wczoraj nie potrafiłam nic zacząć. Miałam zaplanowaną jedynie końcówkę tego rozdziału, która uległa sporej zmianie! Ale.. na epilog mam pomysł i to mega, moim zdaniem. xD Więc szykujcie się, lecz najpierw przyjmijcie moje przeprosiny, iż ten rozdział nie spełnia moich i zapewne waszych oczekiwań. Jest do dupy, do niczego. Naprawdę! Potrzebuję w komentarzach mnóstwo szczerych opinii, możecie mi spokojnie wygarnąć, co robię nie tak. Co wam się podoba i nie podoba. Wszystko piszcie. Zachęćcie mnie bardziej do dodania epilogu, to pojawi się szybko. Zależy od Was ;) Szybciej dobijecie sporą ilość komentarzy tym szybciej przeczytacie epilog, a pod epilogiem... napiszę coś więcej.

Buziaczki, kochane! <3 a no i mam nadzieję, że wybaczycie za to coś powyżej :>

Aktualizując: Zapraszam na w miarę obszerny opis bohaterów na nowego bloga: http://2szansa.blogspot.com/2014/04/opis-postaci.html
i drugiego nowego bloga, lecz tam nic szczególnego oprócz bohaterów nie ma: http://come-and-make-me-feel-alive.blogspot.com/


piątek, 28 marca 2014

29.

    ***

        Emmm... no! Zdałam, zdałam, zdałam! Nie miałam żadnych problemów, zresztą.. wczoraj też, ale ten instruktor.. A szkoda gadać. Na szczęście nie będzie już tam pracował. Jakieś inne trzy dziewczyny doniosły na niego na policję, zanim ja zdążyłam coś zrobić. Mniejsza z tym, najważniejsze to, że zdałam, dzięki współpracy z nowych, dużo młodszym i milszym instruktorem jazdy. Właśnie wracam do domu, już któryś raz z kolei idę piechoto, jak nigdy. Trochę ruchu nie zaszkodzi, a zwłaszcza półgodzinny spacer. Ludzie nie spodziewaliby się takich słów, prosto z moich ust. Ci co mnie znają, doskonale wiedzą, jakim jestem leniem i nie tylko. Nic mi się nie chce, a teraz nagle spacerów, i to długich mi się zachciewa. Coś jest nie tak.. Może przez to radość? Kto wie... Idąc tak, w oddali ujrzałam Chris'a. Tak to na pewno był on. Zaczęłam biec, truchtem. Tylko to mi przyszło do głowy. Także, z nadzieją, że mnie nie pozna biegłam wolnym tempem dalej, lecz to na nic... Zapewne pomyślicie, jak miałby mnie niby nie poznać? Otóż... Lea nigdy nie biega i on o tym doskonale wie.
- Lea? Co Ty robisz? - a jednak... co robić? co robić? Przecież to istny damski bokser.
- Biegam, nie widzisz? - po wypowiedzeniu tych słów, zatrzymałam się, wlekąc się dużo wolniej, co spowodował ból w prawej łydce, uniemożliwiający bieganie.
- No właśnie widzę... Cześć kochanie. - znowu zaczyna! Nie, nie, nie.
- Dasz mi kiedyś święty spokój? - warknęłam, poddenerwowana.
- Hmmm.... Raczej nie. - zaśmiał się złowieszczo. - Chyba, że spełnisz jedną moją zachciankę. - poruszał znacząco brwiami, podchodząc do mnie na niebezpieczną odległość. Już wiedziałam o co chodzi. Oczywiście nie przeszło mi nawet przez myśl, aby się zgodzić. Co to, to nie! Nigdy.
- Schrzaniaj na drzewo. - rzuciłam oschle, co nic nie zdziałało, wręcz pogorszyło sytuację. Ponownie się zbliżył i z zachłannością wpił się w moje usta. Ble, ble, i jeszcze raz, ble! Co on sobie wyobraża? Najpierw jesteśmy parą, wszystko ładnie, pięknie, dopóki nie zaciągał mnie do łóżka.. OMG... dobrze, że mu wtedy uciekłam. Na samą taką myśl, aż wzdrygnęłam z obrzydzenia. Tym razem, również go odepchnęłam. - Nie dotykaj mnie nigdy więcej, rozumiesz!? Jesteś ohydny! - dodatkowo pchnęłam go z całej mojej siły, której zbyt dużo nie mam, aczkolwiek stracił równowagę i spadł prosto na tyłek. Dobrze mu tak! A ja korzystając z okazji, mimo narastającego bólu dużo szybszym krokiem ruszyłam w stronę do domu, do którego już tak niedaleko... To mnie motywowało. Coraz mniejsza odległość i coraz większy ból. Na szczęście obyło się bez gorszych problemów, doszłam do drzwi, na których widok miałam ochotę skakać z radości, tylko że nie mogłam... Od razu po otwarciu kluczami drzwi, zdjęłam szybko kurtkę, buty i rzuciłam gdzieś w kąt. Ledwo, ale doczłapałam się do salonu, sięgnęłam po piloty i włączyłam telewizję, dodatkowo kładąc się wygodnie na kanapę, aby oszczędzić nogę i zmniejszyć ból do minimum, szczerze... to chyba niemożliwe w tym momencie.
     Po niecałej godzinie bezczynnego leżenia, postanowiłam, że zrobię sobie herbatę, a w zimowym sezonie, czy jesiennym - jestem maniakiem herbat! Zwłaszcza tych owocowych. Delikatnie utykając skierowałam swoje kroki do kuchni. Nadal cholernie mnie bolało... za jakie grzechy!?
- A ty co, znowu z głośnika spadłaś? - zaśmiał się głupio, mój braciszek, który właśnie wrócił z treningu.
- Widzisz gdzieś tu tą kolumnę, ciemnoto? - wydarłam się. - Rozwaliłeś ją kilka miesięcy temu! - przypomniałam.
- Znając twoje możliwości, pewnie spadłaś z łóżka, albo z jednego schodka. - dalej mnie wkurzał.
- A mylisz się! Z krawężnika. - zażartowałam podirytowana.
- Jeszcze lepiej. - powiedział, rzucając torbę treningową w salonie. - Tylko ręki nie złam, jak będziesz obok niej przechodzić. - zaśmiał się, zasiadając na kanapie, na której po chwili i ja się znalazłam.
- Bardzo śmieszne. - rzekłam ironicznie, stawiając ciepły napój na stoliku.
- Która to godzina? - zerknął na zegarek. - O cholera! Zaraz Jess przyjedzie! - zerwał się z miejsca, pobiegł do łazienki. Po chwili wyszedł z pomieszczenia, a na odległość było czuć te zacne perfumy, które oczywiście dostał na gwiazdkę od Jessici. Zaledwie kilka minut później można było usłyszeć dzwonek do drzwi. Blondyn z wielkim zapędem poszedł otworzyć drzwi.
- A to ty. - usłyszałam. Czyli to nie moja przyjaciółka, a jak nie moja przyjaciółka to... Mario.
- Miłe przywitanie, czym sobie na to zasłużyłem? - jak zwykle żarty trzymają.
- Wiesz... spodziewałem się wiele piękniejszej istoty. - na te słowa, zaśmiałam się.
- Pfff... niby kogo? - stali, rozmawiając w progu.
- Na wesele prosić przyjechałeś? - przerwałam im, wtrącając się w pogawędkę.
- No! Na nasze. - przeszło mi przez myśl, żeby podejść do niego i nie oszczędzając ręki, przypieprzyć mu w ten głupi ryjek, ale oczywiście nóżka odmawiała posłuszeństwa. Chociaż już nie musiałam... sam się dosiadł!
- Auu! Pacanie, boli. - jęknęłam, gdy zwalił moje nogi z kanapy. - Ciota głupia!
- Lea z krawężnika spadła. Rozumiesz... - śmiał się Reus. - O, moje kochanie wzywa. - wyszedł z domu, wpatrując się w ekran telefonu.
- Co ci się stało? - spytał.
Powiedziałam mu co i jak, myślę, że nie pogorszę tym sprawy...
- Któryś raz z kolei, mam ochotę mu porządnie przy.... poobijać łeb. - warknął.
- Dam sobie radę. - odparłam...
- To mówisz, mięsień? - pokiwałam przytakując, głową. - Tu? - dotknął, a ja syknęłam z bólu. - Prawdopodobnie naderwany... albo przejdzie niedługo. Masaż by się przydał, a mówiono mi, że mam ręce do tego stworzone. - nawijał, a ja spojrzałam na niego dziwnie... - Spokojnie, działam cuda.
- Taaa. - mruknęłam pod nosem, co nie uszło jego uwadze.
- Słyszałem... - powiedział, masując mi obolałe miejsce, zarazem uśmiechając się do siebie. Nie wnikałam o co mu chodzi... nastała kompletna cisza. Nic, zero kontaktu. Marco gdzieś wryło, a podobno Jess miała przyjść tu do nas. Ugh.. sama już nie wiem, co myśleć. Mario, Mario, Mario... postanowiłam sobie coś, ale nie wiem kiedy mogę mu o tym powiedzieć. Teraz? Nie, nie dam rady, chyba? Mam wrażenie i tak jest, że wszystko wróciło do normy, jedynie żyć przeszkadza mi Chris. Nie chcę go już nigdy widzieć na oczy. Nigdy. Po masażu autorstwa Goetze'go, serio czułam już mniejszy ból. Może to nic takiego? Jutro być może, będę normalnie biegać, skakać i co tylko... nie! Biegać nie będę, to nie dla mnie i mojej kondycji, której w ogóle nie mam.
- Mogę? - zapytał, wskazując na miejsce, co znajdowało się bliżej mnie... za blisko. Mimo to, pozwoliłam mu. Co miałam zrobić? Nawrzeszczeć na niego, za nic? To byłoby bez sensu, a zbyt dużo razy się zdarzało. Czemu taka byłam? Dlaczego teraz taka nie jestem? Jestem inna, całkowicie inna, niż sprzed roku. Wtedy nic się nie liczyło. Wyjebane na wszystko, pełen luz. A teraz? Zmienił mnie chłopak, chłopak, którego kiedyś wręcz nienawidziłam. Wkurwiał mnie swoją obecnością, tym że przychodził po prostu do Marco. Na dużo mu pozwalam, aż za dużo... Przybliżył się twarzą do mnie. Jezus... nie, nie, nie! - Coś tu masz. - palcem, delikatnie przejechał mi po twarzy, po to, żeby zaraz mnie pocałować. Czy on musi mi to robić? Z wielką obawą o moją reakcję, muskał moje usta. On przyciąga... cholernie przyciąga do siebie, że nie byłam w stanie po prostu się odsunąć. Lea, jaka ty głupia jesteś! Ogarnij się!
- To my może pójdziemy. - usłyszałam ciche śmiechy, zza naszych pleców. Nie! Oni to widzieli i znowu pomyślą, że... Kurwa!
- Nie! - krzyknęłam, lecz za późno, bo wyszli... choć to raczej nie było do nich... - Mario musimy porozmawiać. - rzekłam stanowczo, opuszkiem języka nawilżając usta.




[Marco]
- Jak nic jeszcze dziś będą razem. - cieszyła się moja dziewczyna. Przytaknąłem jej i objąłem w pasie. Wybraliśmy się na spacer, nie chcieliśmy im przeszkadzać, bo nie wiadomo do czego dojdzie. Znając Mario... nie no! Po nim wszystkiego można się spodziewać, dosłownie. Szczerze, bardzo chciałem, aby Lea była w końcu szczęśliwa. Znaczy ona jest, jeżeli nie jest pokłócona z Mario, ale fajnie byłoby, gdyby byli razem. Lecz gdybać można zawsze. Nigdy nie jest jasne, zakończenie. Nie mam pojęcia co z tego wszystkiego wyjdzie i czy im w ogóle wyjdzie. Choć, jakby byliby już ze sobą, na pewno kibicowałbym im z całego serca. Może tego nie widać, ale zależy mi na szczęściu ich obojga. Mi się udało, mam nadzieję, że nie zawiodę się na Jess, tak samo jak na Caro... Ale... Jessica chyba taka nie jest. Z Leą, przyjaźnią się już bardzo długo, nie wiem czy nie z siedem lat, albo więcej. Moja siostra zna ją lepiej, niż każdy inny i z tego co wiem to dobra dziewczyna, a najlepsze jest to, że ostatnimi czasy, zanim jeszcze zostaliśmy parą, podkochiwała się we mnie, co przekonuje mnie jeszcze bardziej do jej miłości. Ja oczywiście też ją kocham, wcześniej jedynie mi się podobała, nie patrzyłem na nią jak na kobietę, tylko kumpelę siostry. Nic więcej. A teraz? Jesteśmy razem, i raczej będziemy jeszcze długo. Nigdy nic nie wiadomo. Nigdy... to takie ciężkie słowo, którego zbyt często nie powinniśmy wypowiadać, choć i tak to robimy.



[Lea]
- Tak nie może być, Mario... - zaczęłam rozmowę, już całkowicie na poważnie. - Ja sobie to wszystko przemyślałam... i...- ciężko było mi to powiedzieć. Nie chciałam go zranić. Pragnęłam tylko, żeby mnie zrozumiał, oraz był przy mnie, ale nie jako partner życiowy.
- I? - niecierpliwił się.
- Daj mi skończyć, dobrze? - burknęłam.
- Przepraszam.
- Po prostu myślę, że nie pasujemy do siebie. - to był temat, który dręczył mnie po nocach. Naprawdę, ale w końcu doszłam do pewnego wniosku i jestem tej decyzji stuprocentowo pewna. - Nie powinniśmy być razem, więc nie oczekuj tego ode mnie. - kontynuowałam, a chłopak zerwał się z miejsca, z zamiarem opuszczenia domu. - Czekaj. - poprosiłam. - Chodź, usiądź. - nakazałam, a sama wstałam z miejsca. Musiałam chodzić... wtedy mi się lepiej myśli, i lepiej formułuje zdania. Nie liczyło się to, że bolała mnie noga, mniej, ale bolała... - Ja wiem, że to nie jest lekki temat. I sama się dziwię, że takowy poruszyłam.
- To co teraz?
- Chciałabym, żebyśmy byli przyjaciółmi. Tak jak wcześniej. Proszę cię, Mario! - odparłam widząc jego zniesmaczoną minę. - Przynajmniej spróbuj mnie zrozumieć.
- Jak mam cię zrozumieć, jak totalnie niczego nie ogarniam. Dawałaś mi znaki... myślałem, nie... byłem pewien, że mnie kochasz, darzysz mnie jakimś uczuciem. - mówił, a ja opadłam z bezsilności na kanapę.
- Bo tak jest. - rzekłam cicho, z nadzieją, że nie usłyszał.
- To czemu jesteś taka niedostępna, Lea! Jesteś dorosła, nie podejmuj decyzji, bez poważnego przemyślenia i przeanalizowania.
- Mario, ja wszystko dokładnie przemyślałam. - westchnęłam ciężko.
- Mam rozumieć, że nie mam w ogóle na co liczyć? - widziałam ból w jego oczach... On w każdym wydaniu jest mega seksowny... O czym ja myślę?
- Możesz liczyć na wiele, ale...
- Nie to. - dokończył za mnie.
- Przepraszam! Wiem, że się starałeś. Wierzę ci, że z Ann to nieprawda, ale ja nie potrafię.. - tyle mogłam jeszcze z siebie wydusić. Mówiąc to schowałam twarz w dłonie. - Byłam głupia. Poprawka... Ja jestem głupia.
- Nie. - rzekł krótko. - Na świecie jest tylko jeden negatywnie pierdolnięty człowiek... i ja nim jestem. - teraz tak będzie? Boże... co ja zrobiłam! Nie chciałam, aby obwiniał siebie, bo wszystko to, jest moją winą... - Przyjaźń? - spytał... miałam wrażenie, że od niechcenia, ale co się dziwić?
- Jeżeli tylko chcesz. - uśmiechnęłam się.
- Chcę! Ba... ja tego pragnę. - zaśmiał się, rozluźniając atmosferę.
- Gejuchu! - powiedziałam, a on spojrzał na mnie pytająco. - Hahaha! Reagujesz! - zaczęłam się śmiać jak wariatka. Tak, da się tak szybko zmieniać humory.
- Ej! - rzucił we mnie poduszką, oczywiście od razu mu oddałam, o wiele mocniej. - Ho ho! Leci wpierdziel! - zaczął mnie łaskotać, co nie robiło na mnie wrażenia. - Fuck! Znowu zapomniałem, że na ciebie to nie działa. - znowu się roześmiałam. - Nie śmiej się! Każda normalna dziewczyna ma łaskotki!
- Ale ja nie jestem normalna. - rzekłam bez zastanowienia.
- Właśnie wiem. Jedyna w swoim rodzaju, Lea. Drugiej nie znajdziesz. To dobrze, jeszcze bym się pomylił i co wtedy?
- Wtedy byś miał standardowo, grzecznie mówiąc... przerąbane mój drogi. - kopnęłam go.




[Mario]
Z jednej strony wszystko jest w najlepszym porządku, a z drugiej... czego innego oczekiwałem. Cóż takie życie... ale dlaczego dla mnie w kwestii miłości, jest tak okrutne? Postanowiłem zostać jeszcze trochę z Leą, tylko moją przyjaciółką. Oglądaliśmy jakiś tam film, co zbytnio mnie nie obchodził, iż większą uwagę zwracałem na Reus'ową. Chciałem, wręcz pragnąłem poczuć znowu smak jej ust, ale nie wypada. Ugh... w tej sytuacji mogłem ją tylko przytulać, i to właśnie uczyniłem. 




[Lea]
Ciekawe co przyniesie jutrzejszy dzień? Szesnasty luty, dzień moich urodzin... Szczerze? Nie za bardzo jestem z tego zadowolona. Wszelkie życzenia, co po kilku godzinach zaczynają irytować, szczególnie taką osobę, jaką jestem ja... Nic, ani nikt mi nie dogodzi... jak zwykle.





*****************
Nie powala niczym! Tak, ale...
Proszę! Jest 29, a zarazem według moich obliczeń...XD prawie ostatni.
Niestety. Wiem,  że nie ma sensu ciągnąć tego w nieskończoność, co byłby całkowicie bez sensu. No tak, bo kto chciałby czytać sielankę, ciągle, ciągle, ciągle? Ja nie... Dlatego postanowiłam to zakończyć i pewne osoby mnie w tym poparły. Po prostu tak będzie najlepiej, choć szczerze mówiąc... trudno mi tak będzie zostawić tak te opowiadanie.... więc.... dowiecie się w epilogu.
Ja zła! ;D 
Jeżeli czytacie to komentujcie, tak żeby mnie zachęcić... do czegoś tam... i innych blogów ;)
 Zapraszam na wspaniałe blogi: http://theydonotknownothingaboutus.blogspot.com/ i: http://kocham-cie-kochanie-strory.blogspot.com/ czytajcie i zostawcie po sobie ślad... Standardowo też, wbijcie na moje blogi: http://the-story-is-complicated.blogspot.com/ oraz:: http://skoki-zyciem.blogspot.com/

niedziela, 16 marca 2014

28.


Jakiś czas później...
Wszystko wróciło do normy.. no prawie wszystko. Marco już jest w domu, Jess przy nim też. Ugh! Nie to, że mam coś do nich, bo pasują do siebie jako para, ale non stop razem? Codziennie widzę ich razem, mało kiedy oddzielnie. Ludzie, współczujcie mi! Na szczęście ja jestem poza domem, dokładniej dziś zdaję egzamin praktyczny na prawo jazdy. Przez kilka dni tata mnie trochę poduczył, więc mam nadzieję, że nauka nie poszła w las. Modliłam się w myślach, aby zmienili mi instruktora, całkiem przypadkiem. Nie wiem, np. bo rozchorował się, albo go nie ma... A jednak. Jest... mój wróg. Ugh! Nienawidzę go, strasznie dziwnie się zachowuje. Inne dziewczyny też się na niego skarżyły, nie jestem sama. Nie mam pojęcia co w nim jest nie tak, ale patrzy się na mnie, jakby miał mnie zaraz zgwałcić, a prawdopodobnie ma żonę, o czym świadczy obrączka. Nie wiem co robić, muszę przystąpić do jazdy, nie inaczej. Mimo wszystko, nie zwracać na niego szczególnej uwagi.. żadnej uwagi. Ewentualnie posłuchać, gdy będzie mówił na temat jazdy. Nadszedł ten czas. Próba generalna. Odpaliłam auto i wyjechaliśmy poza plac. Czułam spojrzenie tego gościa, ale wmawiałam sobie, że jestem sama, co chyba pogorszyło sprawę. Ja sama w samochodzie, do tego kierując nim? Nie, nie, nie. Jak na razie, wolę jeździć z kimś... innym od niego. Całkiem dobrze mi szło, wręcz bardzo dobrze... do czasu... Kiedy staliśmy na światłach, pan 'najlepszy instruktor na świecie' stwierdził sobie, że położy swoją łapę na moje kolano. Przegiął. Miałam ochotę zawalić mu z całej siły z liścia, ale nie... zielone, trzeba było jechać, ale nie długo. Skręciłam w pewną drogę, gdzie nie było żadnego samochodu. Tam zatrzymałam się na środku i po prostu wyszłam z pojazdu.
- Sayonara, frajerze. - pokazałam mu jeszcze środkowy palec, w celu pozdrowienia, taaaaa.
- Obleję cię. - zagroził, przesiadając się. - Chyba, że przekonasz mnie inaczej...
- Wisi mi to. Spieprzaj. - warknęłam i ruszyłam w stronę domu. Tak, postanowiłam iść na piechotę, znam dobrze miasto, więc nie miałam obaw, że mogę się zgubić. To tak jakbym się we własnym domu zgubiła, czyli musiałabym być na poziomie... jakiegoś pustaka. Po półgodzinie byłam już w domu. Przechodząc przez próg i zamykając drzwi za sobą, rzucałam mnóstwo brzydkich epitetów pod nosem.
- Kurwa, żeby to jego szlag trafił... Uch! Mogłam mu przyjebać... mogłam. - gadałam ciągle do siebie, nie zważając na to, kto siedzi w salonie.
- Co? Nie zdałaś? - zaśmiał się Marco.
- Chciałbyś. - prychnęłam.
- To co taka zła jesteś?
- Bo cholera jasna, nie dokończyłam jazdy. - moja wściekłość sięgnęła zenitu.
- Czyli nie zdałaś. - stwierdził.
- Weź się przymknij, 'spedalony geju'. - zasiadłam przy stole w kuchni.
- Przyznaj się. - podszedł do mnie, dalej mnie wkurzając.
- Nie wiem czy zdałam, bo w połowie egzaminu wyszłam z auta, zostawiając pedofila w aucie. Proste? Proste. - wyrzuciłam z siebie to.
- Aż taki zły?
- Weź nie gadaj nic. - wytłumaczyłam mu wszystko, nie będąc świadoma, że w salonie siedzi we własnej osobie, Mario i wszystko słyszy.
- Powinnaś złożyć skargę. - odezwał się ten co nie powinien.
- A ciebie ktoś prosił o zdanie? - burknęłam. - Wyjebane mam na to. Pójdę tam jutro, zrobię maślane oczka i zdam, ewentualnie się z nim prześpię. To tak, jakbyś chciał wiedzieć. - powiedziałam to specjalnie.
Nie mówiąc nic, brunet opuścił nasz dom, to może lepiej. Nie muszę go oglądać.
- Żeś pocisnęła. - skwitował braciszek.
- No i? - zapytałam.
- Będzie źle... - rzekł tajemniczo.
- Zadzwonię do taty. - oznajmiłam i poszłam do swojego pokoju.
Powiedziałam mu wszystko, nie ukrywając żadnych szczegółów. On zaś mi pomoże i załatwi wszystko, w kwestii zmiany instruktora. Kto nie oprze się tacie słynnego Reus'a? Nikt. No właśnie. Żartuję, ale i tak jestem pewna, że tata to załatwi, on umie wynegocjować wszystko. I tak też było w tym przypadku. Po półgodzinie oddzwonił do mnie i oświadczył, iż mam się tam stawić jutro. Czyli załatwione. Ładnie podziękowałam i szczęśliwa zeszłam na dół. Okazało się, że przesiedziałam w pokoju półtorej godziny! Uch... godzina szesnasta, a ja mam taką chęć pojeździć!
- Reus Ty blondasie! - krzyknęłam schodząc ze schodów.
- Co chcesz, Reus blondasico? - odrzekł.
- Chodź pojeździć! - i znowu zauważyłam Mario... Boże, co on tu robi. ZNOWU!? Really? Nie, no ja mam zwidy. Tak, na pewno mam zwidy. - Eee, albo nie?
- Mario z Tobą pojedzie. - odpowiedział.
- Wiedziałam, że mogę na Ciebie liczyć. - powiedziałam sarkastycznie. - To już wolę pana pedofila.
- To tata. - dopowiedział, gdy ja wybierałam numer do mojego ulubionego kumpla. - Auba! Mam prośbę... [...] - rozmawiałam, a chłopaki patrzyli się na mnie ze zdziwieniem.
- Jak chcesz się zabić to jedź z Pierre. - zaczął się śmiać, braciszek kochany -,-
- Przesadzasz. - fuknęłam. W między czasie otrzymałam wiadomość, od Aubameyang'a. Już myślałam, że chciał się wycofać, ale jednak niee.
"Hmm, które by tu auto, wziąć..."
Odpisałam mu szybko i sprawnie.
"Te najwolniejsze!"
Ponownie sms.
"Żebym ja takie miał... :D"

"To znajdź! xD"

Już nie dostałam odpowiedzi, ale serio zaczęłam się wahać, czy to był dobry pomysł.. Auba to szybki chłopak. Szybkie samochody to dla niego pasja. Tak.. rozmawiałam z nim na takie tematy nie raz. Wiem, że z drużyny jest najszybszy, a jego samochody, to lamborghini i te sprawy. Strach myśleć, który wybierze... ma trzy! Nie wiem po co mu tyle, śmiał się, iż kiedy ma dobry humor bierze biały, kiedy zły - czarny i jeszcze jeden, chyba pomarańczowy, wchodzący w brąz. Coś takiego. Bierze go wtedy, gdy ma ochotę poszaleć. Cały Pierre. Po kilku minutach usłyszałam wark silnika, więc wyszłam z domu. Ujrzałam piękne BMW M4. Cudo, a nie samochód. Przyznaję się bez bicia, że takim cackiem nie miałam przyjemności jeździć. Lepszymi się woziło. Może nie lepszymi, ale o podobnych możliwościach.
- Siemka. - wsiadłam do auta.
- Cześć, cześć. - odparł ze smile'em. - Jak tam jazda?
- Jazda ok, instruktor do dupy. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, ponownie opowiadając o dzisiejszym zdarzeniu.
- Dziad stary... - skwitował. No! Przynajmniej on mnie rozumie. - To co? Pojedziemy na jakieś odludzie i gaz do dechy Lea. - zaśmiał się.
- Dobrze by było. - powiedziałam.
Nie wiedziałam, że Auba zna takie miejsca poza miastem... mieszka tu od niedawna, ale widocznie już zapoznał się z wszelkimi zakamarkami. To był jakiś opuszczony plac, parking... obok zburzony budynek, zero osobników tylko ja, Pierre i samochód. Ogólnie nie ma się co dziwić, że nikt tu nie bywa. Miejsce odstrasza, zwłaszcza, gdy jest się samemu. Mi to nie przeszkadzało. Ważne, że jest gdzie pojeździć. Tak więc zamieniliśmy się miejscami, i teraz ja byłam kierowcą. Musiałam się zapoznać z ta machiną. Te do nauki jazdy są nijakie. Zwyczajne, proste samochody, szału nie ma, staniki nie latają, a tu... wręcz przeciwnie, jest na co popatrzeć i czym się zachwycać. Po dwóch godzinach 'zabawy' pojechaliśmy do domu... Weszliśmy do środka, nikogo nie ubyło, a przybyło. Mam na myśli Jessicę. Zaprosiłam kumpla do salonu, zasiedliśmy na kanapie. Marco przyniósł więcej prowiantu...  dla wszystkich. Mimo obecności Goetze, który siedział na przeciwko mnie... nie zwracałam zupełnej uwagi na niego. Mój wzrok powędrował na ręce Jess i Marco. Muszę przyznać, muszę.. oni są idealną parą. Uroczo to wygląda. Złączeni w uścisku. Ugh! Gdyby nie był moim bratem, brałabym się za niego. Dziwnie to brzmi, ale taka prawda. Kto by go nie chciał? Rozmarzyłam się... z tego wszystkiego nawet nie zorientowałam się, kiedy moja głowa spoczęła na ramieniu Auby.
- Lea? Żyjesz? - zapytała przyjaciółka.
- Co? Tak, tak. - powróciłam do świata żywych.
- Kiedy wy w końcu się ogarniecie? - zabrał głos Aubameyang, co mnie zdziwiło. - Pasujecie do siebie jak ulał, a zachowujecie się jak dzieci. - wyraził swoje zdanie, zwracając się do naszej dwójki, tzn. mnie i Mario.
- Wydaje Ci się.. Jesteśmy zupełnie inni... sorry, ale nie mam zamiaru rozmawiać o tym. - wstałam z miejsca.
- Przepraszam, ale po prostu nadal się wam dziwię, szczególnie Tobie Mario... stary umiesz zawalczyć? 
- Skończ! - krzyknęłam. 
- Dobra, ja już pójdę. - oznajmił Pierre. - Ty się nigdzie nie wybierasz. - powiedział do mnie, gdy szłam za nim. - Zostajesz! O tu. - zaprowadził mnie z powrotem na kanapę, a sam truchtem wybiegł z domu. - Bye! - krzyknął jeszcze i już go nie było.
Chcąc nie chcąc siedziałam w miejscu, sącząc powoli alkoholowy napój. Zauważyłam, że Mario mi się przygląda, patrzył na mnie, przepraszającym, niewinnym wzrokiem. Postanowiłam zmienić miejsce, mianowicie usiadłam pomiędzy nim, a Marco. Chciałam być blisko, ale nie potrafiłam się do tego przyznać. Chciałam się do niego przytulić, ale czy wypada? Raczej nie...




[Mario]
Lea, Lea, Lea, Lea, Lea... Tylko o niej myślałem. Powinienem przestać. Mam wybór. Odpuścić, albo walczyć, w tym że to drugie nie przyniosłoby rezultatu. Za dobrze ją znam, żeby tak istotnej rzeczy nie wiedzieć. Chciałem zrobić mały krok do przodu.. zaczynamy od początku, znaczy.. ja zaczynam. Ona nie chce mnie znać, a jednak - usiadła obok mnie. Na pewno nie po to, by posiedzieć przy Marco. W to wątpię. Potajemnie złapałem jej rękę, delikatnie gładząc. Potrzebowałem jej dotyku. Najzwyczajniej na świecie pragnąłem, żeby była moja, a ja jej... Nikogo więcej. Nie zabrała dłoni, czy to coś znaczy? Albo mi się wydawało, albo lekko się do mnie przesunęła. Miałem mały problem, to tak samo, mogłem to sobie wyobrazić, mieć jakąś schizę.. Nie wiem! Nie wiem co dalej robić. Ona zacięcie dyskutowała ze świeżo upieczoną parką, a ja milczałem, zastanawiając się nad dalszym postępowaniem. Nie odpycha, nie krzyczy, nie przezywa...
- Weź mnie przytul.. Jak tak na nich patrzę to rzygać mi się chcę. - powiedziała mi na ucho, ale tak że nikt inny nie usłyszał. Uśmiechnąłem się sam do siebie i objąłem blondynkę od tyłu. Jakkolwiek to brzmi, wyjaśniam - po prostu przytuliłem nic więcej... Dla mnie to krok w stronę czegoś... dobrego, bardzo dobrego.



______________________
Hej, cześć, siemanko!
Trochę krótki, ale wybaczycie, nie?
Jestem ciekawa, czego spodziewaliście się widząc tytuł tego rozdziału. Powiecie mi? :D
Od razu oznajmiam, że 'spedalony gej' jest zastrzeżone, iż wymyślone przez Wiktorię, i ja dostałam pozwolenie na użycie tego xD Nie tego oczekiwałam od siebie.. ale coś naskrobałam. Wczoraj i dziś. Mam nadzieję, że się spodoba. Postanowiłam to niedługo skończyć. Nie wiem ile mi jeszcze rozdziałów wyjdzie... kilka? Nie mam pojęcia, nie potrafię określić nawet mniej więcej. Cóż... Mario zbliża się do Lei? 
Wy tak myślicie... na pewno, za to ja... no wiem więcej na ten temat xD Dużo więcej. I pewne dwie kochane osoby także, wiedzą jak to się skończy. Pozdrawiam więc Was! <3
I resztę moich kochanych czytelników.
 Liczę, na długaśne komentarze i jakże motywujące do dalszego pisania! Pokażcie kto wytrzymał ze mną tyle i wytrzyma jeszcze przez pewien niedługi okres. :>
A i dziękuję, bo jest was 51! AŻ 51! WOW <3
zapraszam też, na moje inne blogi:
http://skoki-zyciem.blogspot.com/
http://the-story-is-complicated.blogspot.com/
i
bloga Wiktorii:
http://pogon-za-szczesciem.blogspot.com/
Dajcie jej motywacje, pisze świetnie, a ma 2 komentarze, w tym jeden mój... 
Kurde! To, że opowiadanie nie jest o Reusie.. a może jest? Tego nikt nie wie.
Jak na razie, wiemy że głównymi postaciami są: Alex i Subotić, Subo jako przyjaciel! :D Wracając, Borussia nie składa się tylko z Reusa! No ludzie. Moje opowiadanie jest o Goetze, a czytacie.
Kto wie, czy Wiktoria nie trzyma w tajemnicy głównego bohatera, i miłości Alexandry?
Zapraszam, bo warto.

PA!




niedziela, 2 marca 2014

27.

*

[Mario]
Ann, Ann, Ann, Ann i Ann... O co im wszystkim chodzi? Lea twierdzi, że przyjechała do mnie, natomiast Marco widział ją tu, na imprezie... Z ręką na sercu mogę przyznać, iż nie widziałem jej od.. naszego zerwania, dokładnie od tamtej pory. A nie sorry, właśnie ją zauważyłem. Strój niczym kobieta lekkich obyczajów, jak to ona ma w zwyczaju. Chwila... ale dokąd ona idzie? Dyskretnie obserwowałem ją z daleka, podeszła do jakiegoś mężczyzny, pocałowała go. Czyli, ma kogoś. To jakim cudem miałaby przyjeżdżać do mnie? Czy ona kiedyś zostawi mnie w spokoju? Przydałoby się, przez nią nie mam nawet co walczyć, o Leę, bo i tak mi nie uwierzy. Lea, właśnie... a jeśli zobaczyłaby ją i jej nowego chłopaka... Zacząłem się rozglądać, ale marne. Nie było jej nigdzie, ani z Mel, ani z Marco, z rodzicami także nie... Wychodzi na to, że wróciła do hotelu, zapewne razem z Yv, jej mężem i Nico. No tak, Nico zapewne nie wytrzymałby bez snu, aż tak długo. To oznacza, że nie ma szans, żeby blondynka mi uwierzyła. Jestem w tej kwestii przegrany, a to wszystko, bo Ann postanowiła sobie tu przylecieć i rozwalić to wszystko co udało mi się do tej pory zbudować. Tą więź między mną, a siostrą Reus'a. Już jej nie ma... zawaliła się. Dlaczego to ja trafiłem na taką kobietę, jako jest AK, gdybym jej nie poznał, wszystko by grało, byłoby w jak najlepszym porządku.
Zebrałem się, przeprosiłem wszystkich i po drugiej w nocy, udałem się do hotelu. Siedzenie tam, nie miało najmniejszego sensu. Tak samemu, bez towarzystwa, nie licząc oczywiście rodziny i Marco z Jess. Chciałem być tam tylko z jedną osobą, której zdobycie jest dla mnie w tej chwili nieosiągalne, zbyt trudne. Lea jest trudna, nie wiem jak kiedyś Chris'owi, tak temu palantowi, udało się tak szybko stworzyć z nią związek, który na szczęście nie wypalił. Nie miałem siły nawet na szybki prysznic, jedyne czego chciałem to położyć się do łóżka, ze świadomością, że to wszystko jutro okaże się głupim snem, koszmarem, lecz to niemożliwe. Problemy z dnia, na dzień bez powodu nie znikną, a szkoda... bo był jeden problem, Ann. Po kilkunastu minutach próba zaśnięcia się udała... Odpłynąłem.




[Marco]
Obudziłem się w wyśmienitym humorze, ze wspaniałą kobietą przy boku. Tak, przespaliśmy się i nie, nie działał tak na nas alkohol. Jessica prawie nie piła nic, prócz lampki szampana i na jednym, czy dwóch drinkach skończyła i była w pełni świadoma, co się wydarzyło. Boże, ja się chyba zakochałem. Chyba? Nie, na pewno. Pogładziłem dziewczynę po policzku, na co ona zareagowała seksownym mruknięciem... Oszalałem... Jest idealna, jak dla mnie. Niby na świecie nie ma ideałów, ale ja swój znalazłem. Zauważyłem, że brunetka otwiera powoli oczy i uśmiecha się.
- Marco, co Ty robisz u mnie w łóżku? - zapytała zaspana.
- Tak się składa, że sama mnie wczoraj do niego zaprosiłaś. - zaśmiałem się, poruszając znacząco brwiami.
- A no tak. - otrzeźwiała, przygryzając wargę.
- Nie rób tak. - mruknąłem, całując ją w kącik ust.
- Jak? - znowu to zrobiła.
- Chętnie bym do Ciebie wrócił, ale wiesz... głodny jestem. - zaśmiałem się, wychodząc z łóżka i zakładając bokserki.
- No ok, ale mógłbyś mi dać coś mojego? - wskazała na swoją walizkę. Posłusznie do niej podszedłem i otworzyłem.
- Hmmm. - zastanawiałem się nad wyborem, a był duży... - Może być ten? - spytałem machając jej czarnym, koronkowym biustonoszem. Kiwnęła przytakująco głową. - I to? - pokazałem jej dolną część bielizny do kolory, wręcz do pary. Także się zgodziła, dlatego zasunąłem walizkę i usiadłem na skraju łóżka. - Chcesz? - zapytałem ze śmiechem, trzymając jej rzeczy.
- Nie, wiesz... Wolę paradować goła i wesoła. - rzekła sarkastycznie.
- Spoko, to chodź. - chciałem zerwać z niej kołdrę, ale gdy zobaczyłem jej złowrogie spojrzenie, od razu wyrzuciłem z głowy tę myśl i grzecznie oddałem jej bieliznę.
- Odwróć się. - zarządziła.
- Po co?
- Reus. - znowu te straszne spojrzenie.
- Dobra, dobra. - zgarnąłem swoje świeże rzeczy i poszedłem do łazienki, wziąć prysznic. Po wszystkim wróciłem do pomieszczenia, w którym urzędowała Jessica, zbierająca ubrania z podłogi. Zaśmiałem się na samą myśl, tego co działo się, jeszcze kilka godzin wstecz...




[Lea]
Wstałam z lekkim bólem głowy, nie przesadzałam zbytnio z alkoholem, ale przyznaję się bez bicia, że wypiłam z dziesięć drinków, każdy z inną ilością procentów. Ale to nic nie dało.. do hotelu wróciłam jakoś po pierwszej. Nie miałam ochoty tam dłużej siedzieć, zaliczam ten dzień, a raczej cały rok do nieudanych. Mimo, że były przyjemne chwili, ale nie chcę ich sobie przypominać... Ogarnęłam się w miarę i zeszłam, a raczej zjechałam windą na parter do hotelowej restauracji, w celu zjedzenia śniadania, przed popołudniowym wylotem z Dubaju. Tak, dziś wracamy do Niemiec i w końcu zacznę chodzić na prawo jazdy. Przynajmniej jedna optymistyczna wiadomość. W restauracji była już Jess wraz z moim bratem. Zamówiłam posiłek i dosiadłam się do nich.
- A co wy tacy radośni? - zapytałam.
Spojrzeli na siebie szeroko uśmiechnięci... coś ukrywali, a ja musiałam to od nich wyciągnąć.
- Czyli jesteście razem?
- Jesteśmy? - to samo pytanie posłał Marco do mojej przyjaciółki.
- Mnie się pytasz? - zaśmiała się.
- No Ciebie, a kogo? - uśmiechnął się.
- Aha. Dobra. Czyli tak. - podsumowałam ich gadkę.



*



Nadszedł czas wylotu, właśnie teraz jesteśmy w samolocie, który przetransportuje nas do Niemiec. Wśród nas nie ma mojej ulubionej pary... mianowicie Mario i Ann. Nie wnikałam gdzie są, czy mają zamiar wracać. Nie chciałam nawet, żeby pokazywali się w Dortmundzie. Dla pewności rozejrzałam się po samolocie... nie widziałam ich, na szczęście.
- Mario został z Fabianem dzień dłużej. - oznajmił Reus, który zajmował miejsce za mną. Ta jasne.. z Fabianem. Lepszej wymówki nie mógł wymyślić. Fakt, faktem najstarszego z rodzeństwa Goetze, nie było... Ale pewnie to wszystko jest ustawione... Po co w ogóle o tym myślę? To nie ma sensu... pobawił się moimi uczuciami, sprawił, że przekonałam się do niego bardziej... dużo bardziej, byliśmy zbyt blisko... i koniec. Poleciał do swojej byłej, największej zołzy świata. Znając Ann, szybko się na niej przejedzie... znowu.
W pewnym momencie dosiadł się do mnie... w tym momencie mogę go określić przyjacielem, a więc mój przyjaciel Gabończyk, Pierre. Próbował mnie rozweselić, bo jak to on stwierdził mam nadętą minę. Chwilowo udało mu się to.. On po prostu jest mistrzem, jeżeli chodzi o rozśmieszanie ludzi i z tego co wiem na boisku też świetnie się ukazuje. Właśnie ten oto osobnik umilił mi lot i sprawił, że zapomniałam na moment o zdarzeniach z poprzednich dni. Znam go zaledwie kilka tygodni, a już robi za mojego kumpla. Tacy jak on powinni być wszyscy faceci, czyli pozytywnie nastawieni do wszystkiego.. Szczerze znam jeszcze jednego takiego, ale jak wiecie - nie mam ochoty nawet wypowiadać tego imienia na M...




[Kilka dni później]
Właśnie zaczęłam chodzić na kurs prawa jazdy. Wszystko jest ok, nie licząc dziwnego instruktora, który akurat trafił się mnie... Jest serio dziwny. Pierwszego dnia, dostałam jakąś tam książeczkę, bla, bla... i płytkę, z której powinnam się uczyć, ale strasznie mi się nie chce. Marco wyjechał z drużyną na zgrupowanie, gdzieś daleko, nie wiem gdzie dokładnie. A to oznacza, że od kilku dni mieszkam sama. Jess przychodzi do mnie regularnie i ciągle kontaktuje się z Marco. Boże... ona ma obsesje i on też. Jak wróci to ja z nimi nie wytrzymam, nie ma bata. Oczywiście moja przyjaciółka czuje się znakomicie z tego powodu i cały czas ględzi, że nie może się doczekać jego powrotu, itd... Właśnie w tym momencie rozmawia z nim przez telefon, a że włączyła tryb głośno mówiący, wszystko słuchałam.
- Mario nie zamulaj. - usłyszałam śmiech brata.
- Co? Weź spadaj... - odpowiedział.
- Z takim mieszkać w pokoju...- westchnął.
Nie chciałam tego słuchać, dlatego poszłam na chwilę do łazienki, gdzie chciałam przeczekać czas do zakończenia konwersacji.
- Leę mi przegoniłeś. - czy ja muszę zatkać uszy, żeby tego nie słyszeć?
- To ona tam była?
- No ja jestem u niej.
Wyszłam z łazienki.
- Jess proszę, czy mogłabyś wyłączyć ten cholerny głośnik? - uniosłam się.
- Dobra już. - przyłożyła telefon do ucha i ciągnęła rozmowę.
Jednym zdaniem.. Moje życie jest nudne. Stało się jedną, wielką rutyną. Wstaję, zjem, siedzę, gdzieś wyjdę, najczęściej na zakupy do spożywczaka, znowu siedzę i idę spać. I co dwa dni wciskam tam pójście na kurs. Szkołę olałam totalnie i  w końcu muszę się w niej pokazać, zwłaszcza teraz po przerwie świątecznej, bo przed nią.. w Grudniu byłam na uczelni chyba z trzy razy. Więc w każdej chwili mogą mnie wylać, a ja naprawdę chcę zaliczyć te zajęcia, i znaleźć dobrą pracę, spełniać się w zawodzie fotografa....




[Mario]
Na zgrupowaniu jak zawsze byłem w pokoju z moim najlepszym przyjacielem. Jak wiadomo, że jest nim Marco, który w tej chwili zacięcie dyskutował ze swoją dziewczyną przez telefon. Na początku byłem zdziwiony, że mówi do kogoś "Cześć kochanie", iż nie wiedziałem, że związał się z Jess i jak zwykle dowiedziałem się ostatni, no może nie, ale też nie jako pierwszy. Irytowała mnie ta pogawędka, pewnie dla tego, że w tych iPhone'ach są takie dobre głośniki, że mimo wszystko osoby trzecie wszystko słyszą. Ugh... miałem ochotę wyjść, ale co by to oznaczało? Moją słabość? Nie, nie zrobię tego. Z tego co zrozumiałem, Jess nie jest sama, a z ... Leą. Tak z Leą, moją Leą... Nie, ona nigdy nie będzie moja...





*****************************
Jest i kolejny. 
Szczerze nie wiedziałam, że uda mi się dodać rozdział jeszcze w ten weekend, a jednak. 
Wczoraj wieczorem coś mnie naszło i napisałam pół tego, albo więcej, a dziś tylko dokończyłam.
Niestety, długością nie powala, jak ostatnio wszystkie rozdziały w moim wykonaniu.
Dziękuję za komentarze i liczę na więcej (takich dłuższych), co strasznie potrafią mnie zmotywować. Wszystko w waszych rękach XD
A nasze pszczółki wczoraj wygrały meczyk ! <3
Szczerze po słabszej pierwszej połowie, nie spodziewałam się 3:0, ale jest super! 
A i tak dodatkowo... Lubię się z Wami kontaktować, więc proszę, oto moje GG: 50076259 .
Chętnie popiszę ;* O byle czym ;D

Pozdrawiam. Juliana.

sobota, 22 lutego 2014

26.

        Wieczorem szłam sobie powoli po schodach, iż nie chciało mi się czekać na windę. Stwierdziłam, że trochę ruchu nie zaszkodzi. Coś się chyba ze mną dzieje. Ja i wysiłek fizyczny? Nieee, a jednak. Na drugim piętrze, czyli tam, gdzie znajduje się mój pokój napotkałam... Ugh, nie zgadniecie. Ann Kathrin! Tak, tą żmiję. Przyśpieszyłam kroku, iż do moich, cudownych drzwi było jeszcze kilkanaście metrów. Ten korytarz się nigdy nie kończył... Nie udało mi się jej wyminąć.
- O! Dobrze, że Cię widzę. - zaczepiła mnie, co mnie zdziwiło. Nie samo to, że zagadała, ale nie była wredna...
- Dżizyyys! Co Ty tu robisz? - zajęczałam.
- Przyjechałam do Mario, zazdrościsz? - powiedziała, a mnie zatkało.
- Nie, niby dlaczego? - spytała. - Dobra nieważne. A co ode mnie chcesz?
- Ty kochana, powiesz mi, w którym pokoju on się znajduje.
- Oho, czuj się. - rzekłam.
- Powiesz.
- A co, Twój chłopak Ci nie powiedział? - zaśmiałam się to głupio.
- Nie.
- To zadzwoń do niego. - odparłam zła.
- A może u Ciebie jest, co? - zakpiła.
- Niby po co mi on?
- Żebyś się trochę... hmm, ogarnęła. - obczaiła mnie od stóp do głów.
- Wiesz.. Ja nie muszę pokazywać biustu, żeby mnie zauważali. - odgryzłam się.
- Bo nie masz.
- Spieprzaj! Bo Ci wyrwę te farbowane włosy! - krzyknęłam.
- Lea się przejęła. - mówiła jak do dziecka. - O mój Boże...
- Tam jest Twój kochany Mario. - wskazałam na drzwi. - Idź se do niego i nie pokazuj mi się więcej na oczy, rozumiesz? - powiedziałam, choć wcale nie chciałam... zabolało mnie to, że ona tu jest. On się mści na mnie, czy co? Albo wrócili do siebie, a ja nic nie wiem? Tylko ona potrafi zepsuć mi humor, zresztą Goetze nie lepszy... Idealnie do siebie pasują. Byłam zła.. sorry nie. Gorzej - wściekła... wkurwiona! Poszłam wziąć prysznic i usunąć z siebie negatywną energię, która wcale nie miała zamiaru mnie opuszczać. Z tego wszystkiego już o dwudziestej postanowiłam się położyć, no i zasnęłam. Z trudem, ale zasnęłam.


*


     Obudziłam się. Nie... obudziło mnie... obudził mnie czyjś dotyk, który czułam na policzku. Z zamkniętymi oczami, machnęłam ręką w celu strącenia czyjejś dłoni, udało mi się. I doskonale wiedziałam, kto to.
- Zniknij! Zgiń. Cokolwiek. Wypierdalaj! - krzyknęłam, podnosząc się do pozycji siedzącej, on patrzył na mnie, niewinnym wzrokiem, jakby nie wiedział o co chodzi. - Co... Zostawiła Cię, tak? I do drugiej lecisz... No tak, mogłam się tego spodziewać. - nawijałam jak głupia, nie dawałam mu dojść do słowa.
- Kto mnie niby zostawił do jasnej... cholery?! - zapytał zdziwiony, a zarazem podirytowany.
- Ann. Twoja Ann. Przecież przyjechała Cię odwiedzić. Przyznaj się, sam po nią zadzwoniłeś. - patrzyłam na niego z wyrzutem.
- Leaa. Obudź się! Nie ma tu żadnej Ann.
- Jak nie kur*a!? Gadałam z nią, wczoraj.
- Chyba Ci się śniło.
- Weeź, nie kłam. I wypieraj stąd, ale już. Póki jestem grzeczna. - wskazałam na drzwi. - W ogóle jak Ty tu wlazłeś? Hmm? - spytałam. - Ach, tak. Sławny, przystojny i młody Mario Goetze, jemu żadna się nie oprze, nawet ta za ladą. - przewróciłam teatralnie oczami i rzuciłam w niego poduszką.
- Nie wiem, czym Ci zawiniłem, ale przepraszam. - zbliżał się do drzwi, a jak już do nich doszedł. Walnął z całej siły ręką w ścianę. - Wszystko się pieprzy! - krzyknął, trzasnął drzwiami i już go nie było.
Życie jest do dupy, a szczególnie moje. Dziś sylwester, na którego nie pójdę. Nie ma bata... nie namówią mnie. Najchętniej to bym teraz pojechała do domu. Do Dortmundu, albo do Polski! Najlepiej, do Brazylii, jak najdalej. Lecz co mi z tego będzie? Nic, a nic. Przegrałam życie, proste. Nic dodać, nic ująć.



[Wieczór, ok. 17:00.]
     Nadal siedziałam bezczynnie na łóżku, przeglądając różnorodne strony internetowe. Nudziło mi się strasznie, ale co poradzić. Chciałam siedzieć w hotelu to siedzę.
- A Ty jeszcze nie gotowa? - do pokoju wpadła moja przyjaciółka.
- Nigdzie nie idę! - odpowiedziałam od razu.
- Jak to nie? Co to się stało, że odmawiasz imprezki, i to takiej, która jest raz w roku. Dziewczyno raz w roku. Mega balet! - namawiała mnie.
- Nie uda Ci się, nie wybieram się tam. - mówiłam bez emocji.
- Masz jeszcze. - spojrzała na zegarek. - pół godziny, zdążysz. Za dziesięć minut będę, sprawdzę czy się ubrałaś. - wyszła.
Ech... Jess nie przegadasz. Ale po co ja tam? No po co? Ona ma Marco, będzie z nim latała, a ja? Z rodzicami mam siedzieć? Wprawdzie są jeszcze dziewczyny, lecz one także mają już swoich partnerów życiowych. Nie chcę iść, bo nie mam z kim, po prostu nie chcę patrzeć na szczęśliwą Ann, która będzie niemiłosiernie radosna, gdy zobaczy jak źle się bawię. Niechętnie wygrzebałam się z wygodnego łóżka i podeszłam do szafy, w której wisiała jedynie sukienka na Sylwester i stały buty. Inne rzeczy nadal grzecznie leżały w walizce, no jeszcze oprócz kosmetyczki, która była na stoliczku. Ubrałam się i zaczęłam robić makijaż.
- No, grzeczna dziewczynka. - ponownie brunetka mnie odwiedziła.
- Nie wiesz, jak bardzo nie chcę tam iść. - powiedziałam cicho.
- A dlaczego, Lea. Stało się coś? - spytała.
- No właśnie stało... zresztą nieważne. Zobaczysz na miejscu.
- Nie wnikam, bo aż się boję, co tam zobaczę. - odparła i dalej czekała na mnie.
Jessica wyglądała bosko, dobrze jej doradziłam wczoraj z sukienką. Ja natomiast po skończonym makijażu, prezentowałam się nie najgorzej. 
- I co, ciężko było? - pokiwałam głową, że nie. - No! To idziemy. - pociągnęła mnie za rękę. W ruchu złapałam szybko torebkę i zamknęłam pokój. Zaszłyśmy po Marco.
- Chodźcie po chłopaków. - powiedział.
- Nie! - szybko zaprzeczyłam. - Znaczy, jak chcesz, ale ja idę sama. - i poszłam.
- Co ją ugryzło? - usłyszałam jeszcze.
- Nie wiem... - i się pewnie nie dowiedzą.
Poszłam czym prędzej na zewnątrz, gdzie już zaczynała się dzisiejsza impreza. Nadal nie rozumiałam, po co ja tam potrzebna i po co się zgodziłam. No cóż, Sylwester jest raz w roku... Trzeba zaszaleć, choć ze świadomością, że pewnie będzie tam Ann, się nie da. Postanowiłam sobie nie zawracać głowy tą dwójką siebie wartą... Po drodze napotkałam... no na szczęście siostrzyczki, do których od razu dołączyłam, aby zatopić się w tłum.



[Marco]
    Nie wiem co się ze mną dzieje. Spędzam więcej czasu z przyjaciółką Lei, niż ona sama. Jeszcze teraz, gdy dzielę z nią pokój... bardziej mnie do niej ciągnie. Szczególnie w tej pięknej sukience, co tu mówić. Cała jest śliczna. Mimo, że znam ją kilka lat, nigdy nie widziałem w niej kobiety, zawsze była dobrą kumpelą i tyle, a teraz? Dużo się zmieniło, zapewne przez ten czat na internecie, na którym poznałem ją jako "Nieprzewidywalną", a ona mnie jako "Woodiego". Gdy sobie o tym przypominam, aż śmiać się chce. Często się widywaliśmy, iż prawie codziennie odwiedzała Leę, a dzięki internetowi zbliżyliśmy się do siebie, tylko jeszcze nie tak, jakbym chciał. Ale myślę, że na to mam jeszcze czas. Dużo czasu.
    Aktualnie bawimy się, przecież jest Sylwester, czuję, że będzie najlepszy z mojego dotychczasowego życia, bo z nią. Niestety, nie wszyscy są dziś wieczorem w świetnym humorze, mam na myśli moją siostrę. Żałuję, że kiedyś tak źle ją przyjąłem, byłem wściekły na ojca, że chciał zastąpić mi mamę, moją prawdziwą mamę, która nie żyje już od trzynastu lat. Tak, miałem zaledwie jedenaście lat, gdy zginęła w wypadku. Nigdy tego nie zapomnę. Teraz jestem szczęśliwy, Manuela, znaczy mama jest cudowną kobietą, a ja kiedyś jej, jak i mojemu tacie, dałem nieźle popalić. Ugh, nieważne. Wracając, są dwie osoby na tej imprezie słabo balujące, jakieś smutne, nie wiem o co im chodzi. Oczywiście jak Lea, to i Mario. Mój przyjaciel, siedzi przy stoliku z rodziną, do tego niechętnie. Lea przesadza z alkoholem, dosłownie. Gdy ja piję drugiego drinka, a przypomnijmy, że dopiero pół godziny minęło... Ona pije z szóstego, jak nie więcej. Nie liczyłem, ale za każdym razem, widzę ją z innym kolorem drinka, a było ich tam do wyboru... Dużo, naprawdę. Każdy inny... Na pewno nie będzie dobrze wspominać tego dnia, w porównaniu do mnie... Nadal nie wiem co ich dwoje ugryzło. Ale... O kurwa. Ann Kathrin we własnej osobie, właśnie przemierza między gośćmi z dwoma procentowymi napojami. Wszystko jasne, ale skąd? Jak? Ona tu? Czyżby Mario? Niewierze. Przecież on jej nienawidzi. Za to ona, jest znakomitą kłamczuchą i cwaniarą. Kolejna intryga? Nie mam pojęcia, ale jak najszybciej chcę to wyjaśnić. Poprosiłem Jess, o przytrzymanie mojego drinka i czym prędzej podbiegłem do Mario, oczywiście byłem pierwszy, bo ja to nie Ann na niezwykle wysokich obcasach i w kusej sukience. Zgarnąłem go na bok, jakkolwiek to brzmi i zacząłem rozmowę.
- Co tu robi Ann? - spytałem w miarę głośno, żeby mnie usłyszał, iż muzyka była włączona, chyba na maksa.
- Co!? - nie usłyszał, dlatego odeszliśmy jeszcze dalej, gdzie wszystko było idealnie słychać, a muzyka nie zagłuszała naszych słów.
- Ann tu jest? Twoja sprawka? - ponowiłem pytanie.
- Jaka Ann, do cholery?
- Twoja była. - odpowiedziałem.
- Lea też mnie opieprzyła za nią... Ja jej w ogóle nie widziałem. Słowo. - odparł. - Lea, powiedziała, że niby przyjechała do mnie, tak jej tłumaczyła.. - tłumaczył.
- No to masz problem, stary. - powiedziałem.
- Wiem... ale trudno, już nie mam u niej szans. Wszystko co udało się nam zbudować, ta więź między nami, totalnie się rozpadła, lecz wiem jedno. Nie chcę więcej mieć dziewczyny, chyba że będzie nią Twoja siostra. - powiedział, a mi się go szkoda zrobiło. Będę próbował ich jakoś spiknąć, ale wiem jakie to trudne. Ona ma trudny charakter, i jest strasznie uparta, jak nikt inny.
Po dialogu przeprowadzonym z Goezte, wróciłem do mojej towarzyszki i wytłumaczyłem jej wszystko po kolei. Nie dowierzała, zresztą tak jak ja...



[Lea]
    Zaraz północ, a ja jak nie miałam towarzystwa, tak nie mam, nie licząc rodziny, na którą jestem skazana. Wypiłam łącznie.. jakieś... dużo, serio dużo napoi alkoholowych i czuje się świetnie, lecz niestety samotność daję się we znaki, niestety. Ale, trudno żyje się dalej, nieważne co będzie się działo... Tańczyłam.. prawie wcale, raz z Fabianem, Felixem, Marco i tatą... tyle. Innym odmawiałam, a przyznam, że kilku nieznanych typów mi to proponowało. Z jednym poszłam nawet na jednego drinka... Wszyscy goście odliczają, iż zostały sekundy do Nowego Roku.. Ja siedziałam sobie całkiem sama z szampanem przed sobą, patrząc w niebo. Mój wzrok pokierował w prawą stronę, gdzie był on. Jak zwykle w dobrej stylówie. Także stał sam, co mnie zdziwiło. Ann go nie dopadła? Albo poszła po coś... Nie, stop. Nie będę o niej myśleć, za dużo razy w życiu mi podpadła. Dość tego. Zaliczam ten rok, do nieudanych... Choć, czasem było miło... Pamiętam doskonale, do czego prawie dopuściłam pod nieobecność Marco, gdyby nie przyszedł w porę, przespałabym się z NIM, i to z własnej woli. A wcześniej tego samego dnia... nie powinnam tego wspominać. W moich oczach gromadziły się łzy, którym nie dałam spłynąć po mojej twarzy. Muszę być silna, bo przecież zawsze byłam. Kiedyś... nie wiem co się ze mną stało. A to wszystko przez niego. Gdyby, wtedy nie powiedziałby mi, tych dwóch pięknych słów.. Nadal miałabym wywalone na wszystko. Nic by mnie nie interesowało i nigdy żadna łza nie pokazałaby się na mojej twarzy. Przez przebywanie z nim, zmiękłam... Naprawdę mam uczucia...




_______________________
Tak oto powstał kolejny rozdział.
huehuehu, nie ma sielanki, nie ma nic śmiesznego.
Mamy kryzys, kryzys, kryzys ;>
Musiałam, musiałam, bo tak mnie naszło od kilku tygodniu na taką akcję, która będzie trwała... nie powiem, ale długo ;D
Mam tyle pomysłów do zrealizowania, że nie wiem za co się zabrać, ale już mniej więcej ich kolejność znam.
Tak szybko mnie jak i tego bloga, się nie pozbędziecie.
A ja mam nadzieję, że będzie jeszcze Was przybywać.
Więc zapraszam serdecznie! :') 
p.s dziękujcie "Piszczu26" :D
I ja też dziękuję za komentarz pod poprzednim xD
i Pozdrawiam ciepło ;*