poniedziałek, 21 lipca 2014

3.



     Czy można przytulać się całą wieczność i jeszcze dłużej? Nie wiem, bo właśnie musiałam przerwać te cholerne 'amory', a szczerze mówiąc, podobało mi się to. Dlaczego gdy wszystko wraca do normy, za moment staje się znacznie gorzej niż przedtem. Los od początku robi mi na przekór.
- Powiedziałaś, że potem pogadamy. Więc jestem. - zaczął niezbyt przekonująco. Coś czuję, że to przeze mnie. Poprawka. Ja jestem tego pewna. - Ale ty chyba wyjeżdżasz. - dodał, uważnie ilustrując mnie wzrokiem.
- Nie na długo. - rzekłam niepewnie. Tak naprawdę sama nie zostałam powiadomiona jak długo to będzie trwało. Miesiąc, dwa, trzy... pół roku? - Nie miej mi tego za złe. - czułam się jak mała dziewczynka, która prosi mamę, żeby nie dostać szlabanu. - To.. co jest między nami. - urwałam, patrząc na jego reakcje. Milczał. Nic nie mówił, co zaczęło mnie irytować. Dziwnie jest rozmawiać z samym sobą. - Idzie w dobrą stronę, Mario. Nie chcę bardziej komplikować, wiesz? - zakończyłam, mówiąc powoli, ostrożnie dobierając każde wypowiedziane słowo.
- Wiem. - zaczął się uśmiechać. I tak jest o wiele lepiej! Zdecydowanie wolę go jako niepohamowanego wariata, dla którego niemożliwe, wcale takie nie jest. Leci na pełnym spontanie, wciągając w to także mnie. Wiecznie wyszczerzonego bruneta o hipnotyzujących ciemnych oczach. Cóż poradzić? W ostatnim czasie dużo się pozmieniało. Zaczęło się coś dziać. Coś dobrego z dodatkiem nieprzyjemnych sytuacji - a jest ich całe mnóstwo - psujących chwilową sielankę. Rozmowa stała się luźniejsza, co pozwoliło mi bez skrupułów, pewnie wyjaśnić powód wyjazdu. Boże, jak ja bym chciała zostać!
- Mam prośbę. - sprawnie zmieniłam temat. - Boo... nie odebrałam jeszcze prawka. - urwałam.
- Podrzucę cię, podrzucę. - właśnie o to chciałam spytać. Jestem aż tak przewidywalna? Hm, dla człowieka, który zna mnie dobrych jedenaście lat, na pewno tak.
- Dzięki. - uśmiechnęłam się szczerze. - Trzymaj. - wprost do rąk rzuciłam mu kluczyki od nieużywanego (jeszcze!) autka.
     Idąc z powrotem do samochodu, trzymając w dłoni i przyglądając się moim papierom, doszłam do wniosku, że okropnie wyszłam na tym zdjęciu. A po wizycie u fotografa byłam w miarę zadowolona, musiałam się niedokładnie przyjrzeć. Wreszcie mogę legalnie jeździć po mieście, ale szczerze... troszkę się cykam. Podniosłam głowę i widok, który zastałam, sprawiał, iż po moim ciele przeszedł przyjemny dreszcz. Seksowny facet oparty o bielutkie, olśniewające, Audi, patrzący na ciebie spod oryginalnych okularów przeciwsłonecznych... Co wtedy pomyślisz? Bo ja miałam ochotę wyznać parę ważnych słów. Jednak duma mi na to nie pozwalała. Wcześniej olałam to, gdy on zrobił pierwszy krok... a teraz wstyd się przyznać, że... Ugh... Jednak jestem dziwna.
- Próba generalna była, a więc czas na występ. - rzekł, wsiadając na miejsce pasażera. Na jego miejscu bałabym się wsiąść ze mną do jakiegokolwiek pojazdu, co dopiero samochodu. Ale okej... jak zwykle pewny siebie, nie boi się niczego. Przejmuję stery. Pierwszy raz z moim skarbem. Boże, trzeba to uwiecznić na instagramie dodając mnóstwo bezsensownych hasztagów. Żarcik taki. Nienawidzę tego czegoś. To bezsensu, choć w sumie... wokół mnie wszystko jest bezsensu. Te słowo odzwierciedla wszystko w moim 'pięknym' życiu.
- Ty się tak nie szczerz, tylko zapinaj pasy. Wozić się pomału nie będziemy. - zaśmiałam się, chytrze na niego spoglądając. Z tego co zdołałam zauważyć, nie spodziewał się tego po mnie, ale ja Lea nigdy nie lubiłam jeździć z mamą trzydzieści kilometrów na godzinę. Od zawsze jarała mnie szybsza i ostrzejsza jazda, którą mogę wypróbować. Jeżdżąc kiedyś z Pierre nauczyłam się tego.
- Dziewczyno opanuj emocje. - mówił z napadami śmiechu. Jego to bawi? Nie ma sprawy, da się coś z tym zrobić.
- Wysiadaj. - powiedziałam poważnie, zatrzymując Audi na środku jezdni. Byliśmy w takim - troszkę bardzo - odludziu. Chłopak spojrzał na mnie spod byka, będąc pewnym, że żartuje. - Mówię, wysiadaj. - powtórzyłam wolno i wyraźnie. Chyba się przestraszył. Ja też bym tak zareagowała, na wiadomość, że muszę wracać do domu pieszo... a to kawał drogi. Aczkolwiek... jemu to nie straszne.
- Lea... nawet sobie nie żartuj. Nigdzie się nie wybieram. - był nieugięty.
- A ja ciebie o zdanie nie pytam, ale grzecznie wypraszam. - ciągle udawało mi się zachowywać grobową twarz. - Jeszcze tu jesteś? - zapytałam kpiąco.
- Nawet nic takiego nie powiedziałem, tym bardziej nie zrobiłem. - tłumaczył się, patrząc na mnie z wyrzutem. Miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, dlatego dałam sobie spokój.
- Mam cię. - zaśmiałam się, a w duchu tańczyłam taniec zwycięstwa.
- Wiedziałem. - odparł dumnie.
- Jasne. - skwitowałam.
- No tak, udawałem... - trzymał na swoim.
- Wmawiaj sobie. - zachichotałam, kierując się z powrotem do domu.
     Po powrocie, wróciłam do pakowania walizki, czego tak naprawdę nie chciałam robić... Nie miałam ochoty, nie chciało mi się. To głupie. Wyjazdy, zwłaszcza takie są głupie.
- O czym myślisz? - zagadnęłam, mierząc wzrokiem leżącego na moim łóżku chłopaka, wyraźnie dumającego nad czymś.
- Co? - czyli serio się zamyślił. Przewróciłam teatralnie oczami i powtórzyłam słowa.
- O czym myślisz? - ponowiłam pytanie.
- Zastanawiałaś się kiedyś, co by było, gdybyśmy byli razem? Teraz. Jako para. - zaskoczył mnie. Przez dłuższą chwilę nie wiedziałam co zrobić, co powiedzieć i czy w ogóle odpowiadać.
- Mario... - urwałam, próbując znaleźć w głowie odpowiedni dobór słów. Nie wychodziło mi to.
- Wiem, co powiesz. - wydał wrażenie zirytowanego. Nie dziwię się. Kurwa... To nie jest dobry moment na taką rozmowę. - Okej, rozumiem. Nie ma tematu.
- Nie... To ważne, ale jak ty to sobie wyobrażasz? - szokuję samą siebie, a Mario... tak dwa razy.
- Normalnie. Ty, ja. Razem... - wiele mi nie wytłumaczył. - W dupie mam to, że wyjeżdżasz... Chcę, żebyś wiedziała, że cię kocham i nie wstydzę się tego mówić. Chcę żebyś przytulała się do mnie bez powodu. Chcę żebyś była moją dziewczyną. Wkurwiają mnie te podchody. Pierwszy pocałunek mamy za sobą, drugi, czwarty, szósty, ósmy też. Całowaliśmy się. Widziałem cię półnagą. Wiem o tobie wszystko. Wiem jaki masz rozmiar stanika, buta, ubrań... Prawie między nami do tego doszło. Dla ciebie to nic nie znaczyło? - zakończył to z tak czułym tonem głosu, że pragnęłam zamknąć go w ciemnej piwnicy, gdzie tylko ja mam dostęp. Mogłabym robić z nim co tylko chcę.. Nie no zwariowałam. Zaśmiałam się pod nosem, co nie uszło jego uwadze.
     W ostateczności nie odpowiedziałam żadnym słowem, ale uśmiech nie schodził mi z twarzy, choć tak bardzo chciałam go ukryć. Cholera, choleraaa... Spuszczając głowę w dół, wcale sobie nie pomagam. Jedyne czego teraz zapragnęłam to zamienić się w tą starą Leę, która bez skrupułów mówi co myśli i robi wszystko spontanicznie. Spróbowałam i usiadłam obok na łóżku, opierając się o moje ukochane poduszki. Patrzył na mnie z pełnym zaciekawieniem, badając każdy nawet mój najmniejszy ruch. No i stało się wtuliłam się w piłkarza, prawie bez powodu... Właśnie prawie! Byłam w rozsypce, niedosłownie. Wolałam chwilowo przemilczeć sytuację, bo nie wiem co począć. Nagle z dnia na dzień nie potrafię wyrazić swojego uczucia.
- Lea.. może chcesz... - do pokoju wbiła z prędkością światła moja kopia, w negatywnym znaczeniu tego słowo. - Albo nic. Nie przeszkadzam. - cofnęła się.
- Chodź. - powiedziałam niechętnie, aczkolwiek bardzo przekonująco. Mario podniósł się z myślą, że mam zamiar od niego odskoczyć. Nie. Mi tak było bardzo wygodnie. Oparłam głowę na jego klatce piersiowej i czekałam na jakąkolwiek wieść od 'siostry'. Chyba nigdy się nie przyzwyczaję.
- Chciałam spytać, czy wybierasz się z nami na mały trip po mieście... zajęta jesteś? - czy ona zabijała nas wzrokiem? Lub po prostu mnie? Przy wypowiadaniu ostatnich dwóch słów, jakby kpiła ze mnie?
- Nie, dzięki. Zostaję. Jak widać jest mi tu bardzo przyjemnie. - celowo wypowiedziałam to dużo głośniej od pozostałych wyrazów. Raczej zrozumiała i wyszła.
- Wiesz.. od zawsze traktowałem cię jak przyjaciółkę, choć ty od początku byłaś do mnie wrogo nastawiona. Nigdy nie rozumiałem dlaczego i nadal nie rozumiem. - podjął kolejny, choć bardzo podobny temat do rozmowy.
- Byłam małą zrzędą. - przyznałam. Przytakująco pokiwał głową, na co tylko wzruszyłam ramionami.
- No byłaś, byłaś. A teraz jesteś dużą kapryśną dziewczynką. - powiedział szczerze, całując mnie we włosy. Szczerość? Nauczył się tego ode mnie.
- Dzięki bardzo. - wywróciłam oczami.
     Naszła mnie nagła, niespodziewana chcica, zachciało mi się herbaty! I to koniecznie owocowej. Schodząc na dół, zauważyłam Marco i Lenę gotowych do wyjścia.
- Muszę się z tobą pożegnać, mała. - podszedł do mnie blondas, tuląc mocno do siebie. - Boże.. kto będzie mi godzinami marudził i kto będzie mnie tak bardzo wkurwiać, jak tylko ty potrafiłaś? - on jest nienormalny, ale to raczej wszyscy już wiedzą.
- Wrócę przecież.. i przestań mnie dusić chudzielcu. - zaśmiałam się.
- Oj siostra, nie zobaczymy się przez jakiś czas, muszę się nacieszyć, póki masz tak dobry humor!
- No właśnie, a ty wychodzisz i zostawiasz mnie... samą. - zrobiłam minę zbitego psa.
- Przepraszam maleńka, obiecaliśmy z Jess, że pokażemy Lenie miasto... a wcześniej nie wiedzieliśmy, że... - tłumaczył.
- Okej, rozumiem przecież.
- I nie samą, a z moim 'najlepsiejszym' przyjacielem na całym Bożym świecie. - odparł dumnie, nie kryjąc szerokiego, szczerego uśmiechu.
- A może on woli iść z wami? - choć nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało, było chamskie.
- Wątpię, oj wątpię. - puścił mu oczko.
- Bawcie się dobrze. - powiedziałam sztucznie. - ale nie za dobrze. - mruknęłam pod nosem.
     Ciemność na dworze, jasność na przepełnionym przez ludzi lotnisku. Nawet nocą, sporo podróżujących. W tym ja. Całkiem sama w samolocie, znaczy wolałabym aby tak było, a znając życie trafi mi się jakiś pojebany człowiek, zajmujący miejsce tuż obok.
- Przyjaciółka mnie olała, braciszek w pewnym stopniu również, ale ty... nie. - rzekłam, stojąc twarzą w twarz z Goetze.
- Za to masz niezłe przyciąganie niespokrewnionych z tobą facetów. - powiedział, rozglądając się.
- Masz na myśli siebie?
- Też. - wykrzywił usta, tworząc delikatny i jedyny w swoim rodzaju uśmiech.
- Trzymaj się, Mario. - rzekłam, cmokając go pospiesznie w policzek, aby jeszcze szybciej uciec do odprawy.
     Do zobaczenia Dortmund... Witaj Berlinie.



____
        Przed chwilą zdałam sobie sprawę, że ten rozdział mogłam dodać w sobotę! A szczerze myślałam, że muszę dopisać jeszcze dużo. Wyszło co do czego, iż to zaledwie kilka linijek. Wybaczcie za opóźnienie. Liczę na opinie. Wiecie, że jest Was, PIĘDZIESIĘCIU DZIEWIĘCIU!? A komentarzy 3 razy mniej. No nic, rozumiem, że nie wszystkim się podoba to co robię. Hm, zepsułam się w pisaniu? Tak szczerze poproszę!

~ Julie. 

niedziela, 29 czerwca 2014

2.


     Słysząc dźwięk mojego dzwoniącego telefonu, pofatygowałam się do salonu, skąd dobiegała muzyka. Oczywiście nigdzie go nie było, a telefon jak dzwonił, tak nie przestawał. Szukałam wszędzie, nawet pod kanapą i dywanem! Tak, na pewno będzie pod dywanem. Mądre. Za nic w świecie nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie go wczoraj zostawiłam, zważywszy na to, że ciągle jestem w domu Mario, a sam właściciel posiadłości nie ruszył swoich czterech liter z łóżka... Aż do teraz. To będzie jeden z tych gorszych dni.
- Gdzie jest mój telefon, do cholery? - spytałam w miarę grzecznie, aby za moment wybuchnąć. - Kurwa, kto to się tak dobija. - nie zwracałam uwagi, że zostawiam po sobie bajzel, telefon ważniejszy.
- Mistrz! Normalnie mistrz. - zaczął bić mi brawo. - Spostrzegawczość pierwsza klasa, kocie. - wskazał na stolik, gdzie leżała moja zguba, już ucichła.
- Jak? Szukałam wszędzie. - patrzyłam się na niego, jak na idiotę. 
- Wszędzie, ale nie tu. - zaśmiał się. Złapałam za komórkę, spojrzałam w ekran. Dziewięć połączeń nieodebranych od mamy. W błyskawicznym tempie do niej oddzwoniłam. 
- No co jest mamuś? - spytałam niewinnie, gdy odebrała. 
- Lea, co masz pilnego do roboty, że telefonu odebrać nie możesz? - naskoczyła na mnie. Coś było na rzeczy. Podpadłam, ale jeszcze nie wiem co takiego zrobiłam.
- Nie mogłam znaleźć. - rzekłam krótko. 
- Na pewno, Lea? Na pewno? W domu coś cię nie widać. - Cholera, przyjechała do nas... Teraz wybór, skłamać, czy powiedzieć całą prawdę... ale i tak będą podejrzenia, że ja i on. Ugh!
- Jestem u... - przerwałam na chwilę, szybko się zastanawiając. - U Je... Mario. - ze świstem wypuściłam zbędne powietrze. Zapewne i tak Marco się wygadał, jakbym go nie znała.
- No proszę, proszę. Nie mam nic przeciwko, abyś umawiała się z Mario, ale olałaś przy tym pewną sprawę. - Szkoła. Na sto procent chodzi o tą jebaną uczelnię. Nie mam ochoty tam dłużej uczęszczać. Poza tym nie umawiam się z nim. Boże, nienawidzę tej gadki. 
- Skąd wiesz? - spytałam.
- Nieważne. Jako jedyna z grupy nie zaliczyłaś testu. Masz się tam zjawić jeszcze dzisiaj, dyrektor ma z tobą do pogadania. - mówiła stanowczo.
- Nawet do niego nie przystąpiłam. - mruknęłam.
- Ładnie. Nie ma się czym chwalić. Zawsze chciałaś być słynnym fotografem, mieć ten zawód. To twoja ostatnia szansa, Lea. Nie zmarnuj jej. - Boże czuje się jak w jakimś filmie. Jeszcze te słowa, normalnie jakby rolę odgrywała.
- Ale... - rozłączyła się! - Niech to szlag. - klasnęłam w dłonie z udawanym entuzjazmem i już mnie nie było. Pobiegłam na piętro przyodziać wczorajsze ubrania i na odwal ułożyć włosy. Na szczęście długo mi to nie zajęło i z powrotem zbiegałam na dół, gotowa do wyjścia.
- Co jest? Pali się? - zaśmiał się, a mi nie było do śmiechu. W sumie.. to pali się, ale zaraz zgaśnie światełko mojej szansy. Uch, czy on zawsze musi mieć tak zajebisty humor, kiedy ja jestem w sytuacji zagrożenia życia, a raczej zaprzepaszczenia planów na przyszłość.
- Puść mnie. - warknęłam, gdy ten objął mnie w tali i przycisnął do siebie swoimi wielkimi, silnymi łapami. - Kurwa, nie słyszałeś? Nie mam czasu na głupoty. - dodałam patrząc mu złowrogo w oczy. - Odwieź mnie. - westchnęłam bezradnie.
- Najpierw powiedz o co chodzi. - dał warunek, czym jeszcze bardziej przedłużał.
- Mario, potem. Naprawdę nie mam czasu. - rozluźnił uścisk, dzięki czemu mogłam się uwolnić. Pociągnęłam go za rękę, a on w biegu złapał za kluczyki.
- Muszę zamknąć dom. - oznajmił, zatrzymując się.
- Siadaj, nie okradną cię. - odparłam. Ten oczywiście posłuchał się moich słów i po chwili już siedzieliśmy w samochodzie. - Możesz szybciej? - ponagliłam.
- Nie wiem co się dzieję, ale martwię się o ciebie, Lea. - powiedział, łapiąc mnie zwinnie za rękę, gdy chciałam wysiąść. Wykrzywiłam swoje usta w uśmiechu, co od razu odwzajemnił.
- Pogadamy potem. - odjechał.
     W domu nie wdawałam się w pogawędkę z kochanym braciszkiem, choć ciągle coś do mnie gadał, to nie zwracałam na niego większej uwagi. Już w wolniejszym tempie odświeżyłam się i ogólnie ogarnęłam, zjadłam wreszcie śniadania i spoglądając przelotnie na zegar, stwierdziłam, iż jeszcze chwilę mogę poczekać. Szczerze? Bałam się trochę. Nie wiem co będę musiała zrobić, może jakieś dodatkowe prace.. Oby nie! Nienawidzę pracować nad głupotami w domu, nigdy bym się za to nie zabrała. Byłoby ciągle: Zaraz, zaraz i tak w kółko. Nie tracąc więcej czasu pieszo w spokojnym tempie pokonałam drogę na uczelnię.
     Czułam się jak zbuntowany dzieciak, który przeskrobawszy coś siedzi pod gabinetem dyrektora na swoją kolej, w podobnej sytuacji jestem ja. Tyle, że bardziej skomplikowanej. Chyba. Bynajmniej mam nadzieję, że zaliczę tą szkołę i będę mogła wreszcie od niej odpocząć. Tak mało tu bywałam, a tak wiele się działo. Zaczynając od poznania Chris'a mega przystojniaka, kończąc na uciekaniu przed Chris'em damskim bokserem. Nie mam czego wspominać. W szybkim czasie zrobiło się tłoczno na pustym korytarzu. Moja grupa właśnie może iść do domu, a ja znowu nie byłam na zajęciach. Nowość? Nie. Musiałam większości odpowiadać "Cześć, a nic.." na pytanie "Hej, co odwaliłaś?". Na szczęście dłużej już nie musiałam czekać, koleś w końcu zwolnił mi gabinet, gdzie urzędował sam pan Smith.
- Dzień dobry. - odezwałam się. Ten odwrócił się i zdziwiony, że tak szybko się zjawiłam, odpowiedział równie miło.
- Dobrze, że jesteś Lea. - gestem, nakazał mi się rozsiąść w fotelu po drugim stronie jego wielkiego biurka. - Pozwól, że przejdziemy do sedna sprawy. - na to liczyłam. W między czasie sekretarka przyniosła nam świeżo zaparzoną herbatę.
- Oczywiście. - uśmiechnęłam się delikatnie, nie chcąc sprawić wrażenia, roztrzepanej blondynki, choć tu jestem za taką brana. Fajnie, nie?
- Nie będziemy cię tu trzymać rok dłużej, bo to nie ma sensu. - przyznałam mu rację, przytakując. - Są dwa wyjścia z tej sytuacji, to zależy od ciebie. - zawahał się przez chwilę. - Także.. albo zapomnisz, że kiedykolwiek uczęszczałaś do tej uczelni, albo przyjmiesz praktyki u jednego z najlepszych niemieckich fotografów. Wszyscy w tej szkole znamy twoje możliwości, wiesz dosłownie wszystko o fotografii, jak już jesteś na zajęciach to ciągle się udzielasz, zasługujesz na tę szanse.
- A gdzie będą te praktyki? - zapytałam, upijając łyk gorącej cieczy. W Dortmundzie są świetni fotografowie.
- W Berlinie. - wyplułam całą zawartość swojej buzi na swoją bluzkę. - Cholera. - mruknął. Ups... na jego koszulę także.
- Przepraszam, nie spodziewałam się.... - tłumaczyłam. Pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Nie musisz podejmować teraz tej decyzji, bo to nie jest proste. - uśmiechnął się życzliwie. - Jeżeli zdecydujesz się pojechać to samolot czeka na ciebie jeszcze dziś w nocy. - rzekł, przekazując mi bilet lotniczy.
- Dobrze dziękuję. Zastanowię się. - powiedziałam z lekkim wahaniem. Już teraz myślę co zrobić. Na początek zadzwonię po radę do mamy, bo jak nie ona mi pomoże, to kto? - Do widzenia. - wyszłam.
Zachciało się wielkiej kariery fotografa. Przyjemna praca, ale zdobyć doświadczenie nie jest tak łatwo, chyba że jesteś mną i praktyki podkładają ci pod sam noc. Jedna, jedyna szansa. Co robić? Wybrałam numer do mamy.
- Halo? Lea, i co? Poszłaś tam? - Mama jak zwykle nie da mi dojść do słowa, zdążyłam się przyzwyczaić. - Odezwij się w końcu! - nawijała niczym zawodowa plotkara (a nią nie jest).
- Stop! Dasz mi coś powiedzieć!? - krzyknęłam, nie zwracając uwagi na większość przechodniów wpatrujących się we mnie, jakby człowieka nie widzieli. A sami nim są. Dobre, nie?
- Przecież ciągle czekam, aż coś powiesz. - odparła.
- No chyba nie... - bezsensowna rozmowa z mamą potem nabrała sensu, jak owe zdanie. Czyli w ogóle nie miała sensu. Pogadałyśmy jeszcze chwilę, opowiedziałam jej wszystko pomijając fakt, że już zadecydowałam. Widząc gromadzące się ciemne chmury na niebie, przyśpieszyłam kroku. Normalnie jakby to było zaplanowane. Spadające krople deszczu były w tym momencie bardzo nastrojowe. Tak, pierdol dalej głupoty, a na pewno dojdziesz do domu sucha. Ktoś coś mówił? Czy wasza podświadomość też często działa wam na nerwy? Moja tak. Dzisiejszy dzień zapowiadał się naprawdę beznadziejnie.
     Wchodząc do domu, przepełnionego przyjemnym ciepłem, spotkałam się z wielkim wybuchem... śmiechu, oczywiście Marco.
- Gdybym powiedziała, że wyjeżdżam też byś się tak cieszył? - spytałam, wchodząc do salonu. Byłam przemoczona do suchej nitki, ale to nie znaczy, że chciałam być tak "miło" powitana.
- A wyjeżdżasz? - rzekł zdezorientowany, niczego się nie domyślając, natomiast ja pobiegłam szybko się przebrać.
- Lea... - usłyszałam głos przyjaciółki zza drzwi. Z tego wszystkiego, nawet nie zauważyłam obecności Jess. - Co się dzieje? - dodała, widząc moją grobową, nic nie wyrażającą twarz.
- Proszę, spędźmy resztę dnia razem... - powiedziałam błagalnym głosem. - Ostatnio w ogóle nie rozmawiamy. Pomyślałaś, że od czasu do czasu potrzebuję swojej przyjaciółki?
- Wiem, przepraszam. - spuściła głowę w dół - Dzisiaj naprawdę nie mogę. Mam pracę, zaraz uciekam. - praca? Od kiedy ona pracuje i dlaczego jak zwykle nic nie wiem?
- Okej, więc żegnaj. - mruknęłam. - Wiesz.. ja znalazłabym czas dla przyjaciółki, której nie zobaczę przez dłuższy czas. - zawiodła mnie. Spotyka się tylko z Marco, do mnie nawet nie zajrzy, a jestem w tym samym domu. - A może zaprzyjaźniłaś się teraz z Leną? - to było trochę chamskie, ale w tej chwili nie obchodziło mnie to. - Idź sobie. Praca czeka. - prychnęłam. Wyszła, ja zaraz za nią.
- Jess, idziesz już? - zapytał.
- Tak, Jessica właśnie sobie idzie. - odpowiedziałam za nią. - Marco, nie fatyguj się. - dodałam, gdy chciał ją odprowadzić. - Ona ma pracę, jest ważniejsza od wszystkiego innego. - nie posłuchał się mnie i wybiegł za nią. Zakochany palant. Teraz już chyba wszyscy mają mnie gdzieś. Spoko... z wzajemnością.
     Po dłuższej chwili blondyn wrócił do swojej najukochańszej siostry... Ta. Stojąc przede mną, patrzył wzrokiem zmartwionego brata. Moim zdaniem była to tylko iluzja. Wymierzyłam mu policzek, wyładowując swoją złość. Nie zareagował.
- Co ty wyprawiasz...? - rzekł łagodnie, stając naprzeciw mojej osoby, chwytając za ramiona.
- Może to było zaplanowane... - zaczęłam. - Pewnie specjalnie Lena pojawiła się w tym domu, zajmując moje miejsce... - myślałam głośno. - Tak w ogóle to gdzie ona jest?
- U rodziców i nie pieprz głupot, dobrze? - przyciągnął mnie do siebie, przytulając. - Naprawdę nie wiem o co chodzi. Rano wróciłaś i zaraz cię nie było. Chcę wiedzieć co się dzieje, jesteś moją młodszą siostrzyczką. Martwię się.
- Prawie zostałam wywalona ze szkoły, ale zamiast do niej chodzić i zaliczać wszystko od początku.. - urwałam. - Dostałam propozycję praktyk, dobrych praktyk. To jedyna okazja, żeby stać się kimś w życiu.
- To świetnie! Od kiedy zaczynasz? - totalny idiota, ale czasem 'najlepsiejszy' brat na całym świecie. - Czekaj.. to jest ten powód złości i użalania się nad sobą? - patrzył na mnie jak na wariatkę.
- Nie dasz mi dopowiedzieć? Okej, to się nie dowiesz. - wyminąwszy go, poszłam do swojego pokoju, spakować walizkę, najlepiej dwie. Blondyn krzyczał za mną coś, chyba 'Przepraszam'... ale mało mnie to interesowało. Otworzyłam szafę jak i walizki i nie spiesząc się wrzucałam do nich ubrania. Dosłownie wrzucałam, przy okazji odnajdując 'zaginione' części garderoby.
- To nie praktyki w Dortmundzie. Wyjeżdżam. - powiedziałam, słysząc otwierane drzwi.
- Lea... - urwał. Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam, że on wcale nie przyszedł tu sam.
Podbiegłam do Mario i wskoczywszy mu w ramiona, oplotłam nogi wokół jego bioder.
- Rozumiem. Zostawię was... samych. - Marco ulotnił się z pokoju, a jego najlepszy przyjaciel właśnie tulił mnie mocno do siebie. Ciągle boję się do tego przyznać, ale... zakochałam się.



___

      Boże, co ja zrobiłam z tym blogiem :D Był założony dla śmiechu, a wyszło jak zawsze... czyli nie wyszło XD Rozdział moim zdaniem dziwny, nie podoba mi się mój styl pisania... Jakby było to pisane przez kogoś innego, wyszłoby o niebo lepiej. Ale cóż.. to mój blog, staram się. Ostatnie zdania przemilczę, miało go nie być... szczegół. Teraz będzie mniej Lei (chyba)... xd Mam nadzieję, że Wam się podoba i dacie znać w komentarzu co i jak. Ja bardzo kocham szczere komentarze, nawet gdy macie co do tego jakieś uwagi. Długie opinie motywują potrójnie! :D
Są wakacje, postaram się dodawać częściej.. nie obiecuję! Bo mam za dużo blogów!

Pozdrawiam <3

wtorek, 27 maja 2014

1.

- Debile! Przecież tu nikogo nie ma. - wyjrzała, ale zaraz cofnęła te słowa. - O ja pieprze. - mruknęła.

~~

     Naprawdę była tam jakaś dziewczyna, mniej więcej mojego wzrostu, jedynie włosy miała dłuższe i inaczej ułożone. Szczerze? To podobieństwo było przerażające.
- Cześć, Lea. - odezwała się, dopalając papierosa. Boże, nie wzięłabym tego świństwa do ust, nigdy w życiu. Nie miałam pojęcia jak się do niej zwracać, przecież ja jej w ogóle nie znam, a w jej przypadku, wręcz przeciwnie. Wie kim jestem, wie kim jest Marco, wie gdzie mieszkamy? A może jeszcze dowiedziała się skądś, o której zazwyczaj chodzę spać? Nonsens. Jedynie czego chciałam to wyjaśnień, które tylko ona, mogła mi zagwarantować.
- Wejdź. - mruknęłam, niechętnie otwierając szerzej drzwi. Zaprosiłam ją do salonu, gdzie nie było już nikogo, siedzieli w kuchni. Usiadłam naprzeciwko niej i czekałam na jakiekolwiek słowa objaśniające mi całą sytuację, a nie powiem, bo czułam się dziwnie i niekomfortowo we własnym domu.
- Może zacznijmy od tego, że nazywam się Lena. - nawet imię ma podobne. Co jeszcze mnie dziś zaskoczy? - Hm, nie wiem jak to powiedzieć. - zaśmiała się. Znam ją od, dosłownie, chwili, ale wygląda na normalną, fajną dziewczynę. Pozory, pozory i jeszcze raz pozory.
- Najlepiej prosto z mostu. - hm.. jednak nie miałem do niej przekonania, może jakby miała ciemne włosy? Wtedy różniłaby się bardziej i nie odstraszałaby już mnie i moich przyjaciół.
- Przyniosłem wam herbatę, dziewczyny. - Marco wkroczył w najmniej odpowiedniej chwili. Właśnie miałam się dowiedzieć o co w tym wszystkim chodzi, a on z herbatą wyskakuje. - Już mnie nie ma. - oznajmił, gdy zabijałam go wzrokiem.
- Niezły. - powiedziała cicho, patrząc jak odchodzi.
- I zajęty. - Boże, ona go pożerała wzrokiem. - Ugh, mów. - zarządziłam.
- Przysłała mnie tu Manuela, twoja i... moja mama. - dziewczyna widząc moją minę, kontynuowała. - Od urodzenia mieszkałam z tatą i babcią, których ty nie miałaś przyjemności poznać. - przyjemności? Za żadne skarby świata nie chciałabym widzieć człowieka, który zostawił mnie i mamę, hm, a ją ot tak przygarnął? Nie rozumiem. Zawsze myślałam, że on uciekł od obowiązku, uciekł ode mnie. Przecież taka straszna nie jestem, ale... no właśnie, jest 'ale'. Ja mogłam teraz mieć inne życie, byłabym gdzieś w Polsce z nim... Nie, nie, nie! Nie wyobrażam sobie tego. - Lea? - zapytała, gdy odpłynęłam w myślach.
- Poczekaj, okej? Pójdę się ogarnąć. - upiłam łyk herbaty i uciekłam do swojego pokoju. Nie, to nie była wymówka. Po prostu źle się czułam we wczorajszych ciuchach, musiałam się odświeżyć. Może w nieodpowiednim momencie, ale panna Lena, zapewne poczeka. Dużo myślałam. Ona moją siostrą? Mam dwie wspaniałe siostry, wydaję mi się, że mamy komplet. Nie spieszyło mi się do niej wracać, ale... cholernie ciekawiła mnie dalsza część 'opowieści'. To dzieje się naprawdę. Co byście zrobili na moim miejscu, gdyby za drzwiami stał wasz klon, który naprawdę istnieje w rzeczywistym świecie? Ja.. czuję się jakbym grała rolę w filmie lub byłabym główną postacią w dobrej książce. No to się porobiło. Po nałożeniu na siebie wygodnych szarych dresów i zielonego ciepłego sweterka, wróciłam na dół, gdzie Mario towarzyszył Lenie. W ogóle nie przeszkadzało mu to, że się do niego przymila, puszcza oczka i przesłodko się uśmiecha. Kurwa. Ma to po mnie. Usiadłam przy piłkarzu, a moja dłoń powędrowała na jego udo, gdzie spoczęła na dobre. Chłopak pojął o co mi chodzi i objął mnie ramieniem, cały czas uśmiechając się, tak ja uwielbiam. Wyczułam od niego perfumy Marco. Musiał się wypsikać, wiedząc, że w salonie siedzi ładna dziewczyna -,-Nie, ja nie jestem zazdrosna. Po prostu pragnę pokazać 'koleżance' kto tu rządzi.
- Na czym skończyłyśmy? - zapytałam.
- Mam mówić przy Mario? - to oni już po imieniu? No, ładnie...
- A dlaczego nie? - zapytałam, posyłając jej sztuczny, ale jakże aktorski uśmiech.
- Okej. - uśmiechnęła się szeroko, ale chyba nie do mnie. Pff, na pewno do Mario. Tyle lat i sobie chłopaka nie znalazła jeszcze? Dobra, ja nie jestem w tej kwestii lepsza, po prostu nie chcę nikogo jak na razie. A ona? Ona najwyraźniej szykuje podryw na Marco i Mario. - Byłam u twojej, znaczy naszej mamy. Powiedziała mi wszystko, dlaczego się rozstali z tatą i dlaczego nas rozdzielili. - nawet ja tego nie wiem. Mama zawsze powtarzała, że nie byli sobie pisani, ale to niczego nie wyjaśniało.
- Czekaj, czekaj... Ile ty masz lat? Jesteś starsza, tak? - byłam strasznie ciekawa. Musi być starsza, bo przecież ja nigdy jej nie widziałam.
- Dwadzieścia jeden, Lea. Wczoraj miałyśmy urodziny. - powiedziała. O kurwa. Mam bliźniaczkę. Z kuchni usłyszałam donośny głos Marco "Co!? To są dwie?". - I starsza jesteś ty. O kilka minut. - zaśmiała się. Mówiła to z taką lekkością. Ja nie potrafiłabym tak. Na jej miejscu, wolałabym nie bawić się w szukanie rodziny. Mi jest dobrze tak jak jest. Nie chcę, aby coś w rodzinie się zmieniło.
- Nadal nie rozumiem... - rzekłam. - Na siłę próbujesz znaleźć sobie nową rodzinkę? - wiem, to było wredne. - Nie chcę zamieszania. - przyznałam. - Dlaczego pojawiasz się tak nagle i mieszasz nam w głowach? - może i byłam niemiła, ale inaczej nie potrafiłam tego powiedzieć, musiałam się unieść.
- Ugh... oni nie żyją! - prawie że krzyknęła, a mnie zatkało.
- Dziewczyny wy sobie wszystko wytłumaczcie, ja nie będę przeszkadzał. Pożegnam się jeszcze z resztą i spadam. Będę potem. - powiedział, przelotnie całując mnie w policzek. - Pa, Lena. - uśmiechnął się. Zostałyśmy same + podsłuch z kuchni, tzn. Marco.
- Sorry. - powiedziałam ze współczuciem. Głupio się czułam, że tak na nią naskoczyłam.
- Przecież nie wiedziałaś. - mruknęła niemal niesłyszalnie.
     Podsumowując. Dzisiejszego dnia nie było mi dane odespać ostatnią noc. Nagle dowiaduje się nierealnych rzeczy i bądź co bądź - muszę w to wierzyć. Mam siostrę, do tego bliźniaczkę. Dziwne. Przez całe życie żyłam w kłamstwie. Nie miałam nikomu tego za złe, w jakimś stopniu rozumiałam mamę i jestem jej wdzięczna, że ja Lea zostałam z nią. Nie Lena. Boże. Lena i Lea... jak to brzmi. A raczej jak to nie brzmi. Po zatelefonowaniu do mamy, zostałam powiadomiona, iż Lena zostaje u nas na najbliższe dni, dopóki sobie czegoś nie znajdzie. Podobno Marco wyraził zgodę, a ja nie miałam zdania. Cudownie, nie? Sama nie wiem co mam o niej myśleć. Z jednej strony wydaje się być fajną dziewczyną, z drugiej... hm. Można tłumaczyć to śmiercią bliskich jej osób. Nie wiem...
- Zabieram jednego klona! - usłyszałam krzyk z dołu, oczywiście głos należał do Mario. Debil, kilku godzin nie może wytrzymać samotnie. Standardowo w ostatnim czasie, przybywał do mnie. W sumie... dobrze mieć kogoś takiego. Będąc na górze, skorzystałam z okazji i poprawiłam się jako tako, oglądając się w lustrze. Wyglądałam normalnie. Ubrana w ulubione szare zwężane dresy i zwykły t-shirt, bez makijażu. Nie mam się dla kogo stroić, a nawet jeśli... to ta osoba musiałaby mnie akceptować taką, jaką jestem. Zbiegając po schodach na dół, w oczy rzuciła mi się najpierw ręka chłopaka, obejmująca moją nową siostrę.
- Ekhem! - chrząknęłam. Jak poparzony oderwał się od niej. Ups, chyba się pomylił. Parsknęłam śmiechem, za to Lenie nie było tak wesoło. Była wyraźnie zawiedziona.
- Tego klona biorę. - pociągnął mnie za rękę. - Jedziemy mała. - oznajmił.
- Ja jestem oryginał. - szepnęłam mu na ucho, chichocząc. - Lena czuj się jak u siebie. - kilka miłych słów ode mnie. Niech się nie przyzwyczaja. Kiwnęła głową i udała się do kuchni, gdzie Marco coś tam robił. Zapewne pokazywał ludziom jak nie gotować. Norma, ale to nieistotne. - Gdzie jedziemy? - spytałam tak trochę od niechcenia, bo przyznam, nadal byłam zmęczona po wczorajszych urodzinach. Logiczne, że po takich imprezach potrzebuję dwa razy więcej snu. Nie dwa razy mniej!
- Do mnie. Nudzi mi się. - szczerzył się niemiłosiernie, co jak zwykle mnie wkurzało. Ale kto by się na niego długo gniewał? Co ja pieprzę? Nieprawda! On jest nieznośny - tyle w temacie.
- Fajnie, że zapytałeś mnie o zdanie. - warknęłam. Jak zwykle nie potrafię powiedzieć normalnie, grzecznie i milutko. Tego już we mnie nikt nie zmieni.
- Chyba w ciąży jesteś. - skwitował, za co skarciłam go wzrokiem. On i jego tanie, beznadziejne teksty. Zdążyłam się przyzwyczaić, ale i tak mnie wkurwia. Nie zważałam na to, że kieruje i próbuje nas dowieść bezpiecznie (jasne) na miejsce, po prostu.. dostał ode mnie w bok. Jednak.. postanowiłam ciągnąć ten bezsensowny temat.
- Z tobą, nie pamiętasz? - próbowałam być poważna, co - o dziwo - mi wyszło.
- Masz humorki... - moja mina "Lepiej się zamknij" mówiła sama za siebie. Raczej zrozumiał.
     Siedząc w salonie piłkarza, zastanawiałam się co dalej będzie. Moje życie nie było zbytnio kolorowe. Znowu ktoś wparował w nie z brudnymi buciorami. Tym razem ona. Chcę się w końcu ustatkować. Mam dwadzieścia jeden lat! To już dużo. Jestem dorosła, jestem za siebie odpowiedzialna, ranię innych i oni ranią mnie. Chyba los nie chce, abym była w pełni szczęśliwa. Mój stan znacznie się poprawił na widok Mario, niosącego - moje ulubione - czerwone wino. Z szerokim uśmiechem na twarzy, usiadł obok, podając mi lampkę. Sam nie pił, i dobrze. Miał mnie odwieźć. Nie miałam ochoty po nocach łazić po Dortmundzie, na dodatek w taką pogodę. Wprawdzie nie ma już śniegu, ale jest cholernie zimno (!) Nienawidzę tej pory roku; ślisko, biało i mroźnie. To nie moje klimaty. Pocieszeniem jest to, że niedługo ta katorga się skończy.
- Skarbeńku, nie zamulaj. - zaśmiał się, rozluźniając atmosferę. Pozytywnie pierdolnięty człowiek? Tylko Mario. Właśnie takich ludzi lubię, co mimo wszystko potrafią się śmiać, żartować i ...wkurzać. Czasem te 'wkurzanie' nie jest zbyt miłe i śmieszne, ale prawdziwym przyjaciołom potrafię to wybaczyć.
- Sam zamulasz. - mruknęłam, upijając łyk krwistoczerwonej cieczy. Właściwie to nie wiem kim jest dla mnie Goetze. W jakimś stopniu przyjacielem, lecz nie do końca. Między nami jest bardzo dziwna więź.
- A, zapomniałbym! - zerwał się z miejsca. - Uno momento. - poszedł i nie miał zamiaru wracać. Chciałam iść, sprawdzić co on odpieprza, gdy po piętnastu minutach zaszczycił mnie swoją obecnością.
- Kiedy zdążyłeś wszystko przygotować? - piłkarz postawił na stole dwa talerze zapełnione przepysznym spaghetti. Miałam nadzieję, że się nie otruję. Jednakże pierwszy kęs rozwiał wszelkie wątpliwości.
- Zanim cię porwałem. - zaśmiał się, konsumując posiłek. Nadal nie tknął napoju alkoholowego, za to ciągle nalewając go mnie. Niedługo potem, stwierdziłam, że na mnie już czas.
- Ej, taxi driver! Jedziemy. - zareagowałam, gdy ten położył się wygodnie na sofie, oglądając jakiś film sensacyjny. Naprawdę? On zawsze musi oglądać wszystko co głupie i bezsensu?
- Zostań. - wymruczał. Stawiam, że najchętniej to poszedłby spać, ale nie! Ze mną nie ma spania... - jakkolwiek to zabrzmiało... - Mnie się odwozi. Oczywiste jest to, iż nie miałam zamiaru mu odpuszczać. O nie! Obiecał, to niech teraz ruszy swój szanowny tyłek, wsiada w samochód, zawozi mnie i wraca do domu. Nie sądzę, aby to było szczególnie skomplikowane. W końcu nie pił bez powodu.
- Jedziemy. - posłałam mu pełne wrogości spojrzenie. Musi wiedzieć, że my kobiety rządzimy nimi, nie na odwrót. Chłopak podniósł się z pozycji leżącej, dając mi do zrozumienia, że nareszcie uległ.
- Nie mogę jeździć, piłem. - powiedział, a ja zdezorientowana patrzyłam na niego, jak na osobę chorą psychicznie. Nie ma co ukrywać, jest totalnym debilem! Nic, ani nikt tego nie zmieni. Cecha wrodzona.
- Nawet sobie ze mnie nie żartuj. Nie piłeś. - trzymałam na swoim. Wtedy on złapał za moją lampkę z winem i wchłonął całą jej zawartość, nie zostawiając żadnej kropelki.
- Teraz musisz już zostać. - skwitował, dolewając sobie. Przewróciłam teatralnie oczami i nie wytrzymałam - zaśmiałam się, opadając bezradnie na cholernie wygodny mebel, jakim była oczywiście skórzana kanapa.
- Nienawidzę cię, wiesz? - rzekłam, uderzając go mocno poduszką, co jedynie wywołało napad śmiechu. Miało boleć! Tak, Lea myśl dalej, a zajdziesz daleko. W tej chwili żałowałam, że milusia poduszka nie robi szkód na ciele. Gdybym miała taką z ostrymi kolcami. Wtedy nie dyskutowałby w żadnej sprawie.
- Dziś dzień przeciwieństw. - mruknął. - Ty nienawidzisz mnie, ja nienawidzę ciebie. Za to jutro będziemy się kochać. - pojechał po bandzie. - W dosłownym tego słowa znaczeniu. - dodał, unosząc brwi ku górze.
- Weź ty lepiej nic już nie mów. - odparłam, przerażona wręcz, jego zboczonym tokiem myślenia. Boże, przecież on się nigdy nie zmieni! Od gimnazjum jest taki sam, może trochę lepszy, lecz minimalnie.
- Gdzie dzisiaj śpimy? - próbował wyjść bardzo poważnie, a wyszło jak zawsze. Mimo takich 'żartów' z jego strony, serio nie da się go nie lubić. Z pozoru wygląda na poukładanego i poważnego mężczyznę, a w rzeczywistości jest gorszy niż dziecko. - To co? Ja na górze, ty na dole? - dopowiedział.
- Kusząca propozycja. - zaśmiałam się i skierowałam po schodach na piętro. - Niestety nie skorzystam. powiedziałam i zamknęłam się w pokoju piłkarza, widząc, że idzie zaraz za mną. Pogrzebałam mu trochę w szafie, znajdując wielkości chyba XXXXXXL spodenki, koszulkę, do tego ciepłą bluzę.
- Ej, co robisz? Otwórz! - gadał coś tam pod drzwiami, na co nie zwracałam szczególnej uwagi. Chciałam się tylko przebrać. Dopiero potem przekręciłam z powrotem klucz, umożliwiając mu wejście. - Już gotowa?
- Skończ już, okej? - usiadłam po turecku na łóżku. Dobry humor - jak to mówią - poszedł się jebać.
- Wiesz... chciałbym pogadać. - zaczął normalną rozmowę, przybierając poważny wyraz twarzy. - Dostanę kiedyś od ciebie szanse? - nie wiesz jak zacząć? Najlepiej prosto z mostu. Jedynie w tej kwestii, można brać z niego przykład.
- A nie dostałeś? Szansa była i jest. Liczą się chęci, jak bardzo tego chcesz. Musisz się postarać. Nie jestem łatwa. - odrzekłam. - To nie jest tak, że wyznasz co czujesz, a ja już lecę ci w ramiona. Nie. - mówiłam niemalże szeptem. Nie potrafiłam inaczej. Nie potrafię mówić o uczuciach. Nie potrafię mówić o tym głośno. - przysunął się na nieznaczną odległość. Stykaliśmy się ciałami. Biło od niego niesamowite ciepło.
- Staram się. - przejechał dłonią po moim bladym policzku. Zadrżałam. Co tak naprawdę jest między nami?




___
      Po długich męczarniach, nareszcie powstał rozdział! Miał być dłuższy, lecz stwierdziłam, że tak jest dobrze. Nie mam pojęcia czy komuś się to spodoba, nie mam pojęcia, czy to czytacie. Mam wrażenie, że niektórzy po epilogu przestali to czytać. No tak.. nie miało być 2 części. Rozumiem :) Mój błąd. Pokażcie mi czy jesteście, bo frekwencja spadła i to przerażająco dużo! ;( Kontynuuje tego bloga dla Was! Dzięki Wam, ponieważ widziałam komentarze (23! <3) pod epilogiem. Tak się rozczuliłam, że prolog w pięć minut napisałam. Także wiecie co robić :)

Zapraszam też na nowe rozdziały:
http://the-story-is-complicated.blogspot.com/
http://2szansa.blogspot.com/
http://come-and-make-me-feel-alive.blogspot.com/

Natomiast u Was komentowanie nadrabiam jutro! Od razu, gdy wrócę z szkoły :)

Trzymajcie się! :*
`Juliana.

ASK: http://ask.fm/JulianaKot

niedziela, 27 kwietnia 2014

Prolog, cześć II.

     Po wczorajszej imprezie, zrobiliśmy sobie noc filmową, dlatego nikt z obecnych w salonie nie raczył otworzyć drzwi, do których ktoś natarczywie dobijał się od dobrych pięciu minut. Na seansie zostało tylko kilka osób, jedni wrócili do domu, drudzy zaś, czyli Mario, Pierre i Jess zasnęli razem ze mną i Leą w salonie na kanapach. Jakoś się pomieściliśmy, choć Auba grzecznie spoczął na podłodze albo... spadł? Mniejsza... ja tam zobaczyłem Leę! Dziewczynę o porażającym podobieństwie do mojej siostry. Spojrzałem za siebie i nie myliłem się, blondynka spała na sofie, ani drgnęła, a przede mną nadal stała młoda kobieta.
- Ty jesteś Marco? - zapytała w końcu. Głos miała w ogóle inny, szczerze? Nie rozumiałem niczego z tej sytuacji. Cholernie podobna do Lei, pyta się o mnie, do tego kaleczy niemiecki. Jakieś wyjaśnienia?
- No tak. - wymusiłem uśmiech. - A ty? Co cię do mnie sprowadza? - zapytałem zaciekawiony, przecierając ręką oczy. Nie wyspałem się, do tego nie zdążyłem się jako tako ogarnąć. Stałem przed nią we wczorajszych ubraniach, zapewne najlepiej nie pachniałem, ale cóż... ona nie wie, że właśnie mnie obudziła.
- Ja jestem Lena i bardzo chciałam pogadać z Leą, bo to twoja siostra? - spytała, udając, że nie wie. Pokiwałem twierdząco głową. Dobrego pierwszego wrażenia na mnie nie zrobiła, niby nic złego nie zrobiła, nie powiedziała, ale jest podejrzana, po prostu dziwna.
- Czekaj chwilę, okej? - zamknąłem jej przed nosem drzwi. - Lea, Lea... wstawaj! - potrząchałem nią, aż w końcu wysiliła się, na uchylenie powiek.
- Czego chcesz? - warknęła.
- Wiesz... może to brzmi dziwnie, ale za drzwiami stoi twój klon, dosłownie. - wyjaśniłem najszybciej jak mogłem. Blondynka zapewne pomyślała, że na starość coś mi się w głowie poprzestawiało, jak zawsze, lecz tym razem nie zdawała sobie sprawę z sytuacji. - Kurwa, tym razem mówię prawdę. - dodałem, widząc, że nie zwraca na mnie uwagi, specjalnie.
- Marco, rozumiem, że wypiłeś w nocy trochę, ale serio nie zawracaj mi dupy. - powiedziała zażenowana, przekręcając się na drugi bok.
- Co jest? - obudził się Mario. W nim nadzieja, wytłumaczyłem mu wszystko, sam aż poszedł sprawdzić. Zajrzał przez 'judasza' i momentalnie się cofnął. - Boże, Lea, wstawaj! Wstawaj, bo cię zaraz zgwałcę! - podziałało. Zacząłem się śmiać z własnej siostry, bo z prędkością światła znalazła się przy drzwiach, które bez wahania otworzyła.
- Debile! Przecież tu nikogo nie ma. - wyjrzała...




__________________________________
SURPRISE! Nie mogłam się doczekać aż to dodam :D ...Wy bardzo dobrze widzicie. Jedziemy z drugą częścią. Prostuję sprawę, żeby nie było... naprawdę nie miałam w planach kontynuować, ale... tyle miłych komentarzy, normalnie cieplej na sercu. To Wy zmotywowałyście mnie do napisania tego, a ty misiaczku ( Karina ), tak kochana, moje komentarze zawsze są szczere! <3 Fajnie, że wiesz. Nie będę przedłużać, bo niżej... obiecane sceny nieudane! :D 
Wyszły okropnie, nie tak jak chciałam, ale cóż... zobaczcie sami.

#1 -  ( końcówka rozdział 1, początek 2 )
- Już mogę spadać? - zaśmiałam się, siedząc na głośniku. Reżyserka pokazała kciuk w górę. Pierwszy raz, prawie złamałam nos, leciałam dosłownie na twarz. 
- Czy hahahah nic ci się hahaha nie stało? - mówił, dławiąc się ze śmiechu Mario.
- Jeszcze raz! - nakazała.
Znowu usadowiłam się na kolumnie. Wyobraziłam sobie, że tam na podłodze jest mięciutki materac. Spadłam dość realistycznie i udawałam, że skręciłam nogę.
- Lea, nic ci się nie... hahahahahah stało? - nie, z nim nie da się pracować. Powinni od razu zabrać mu tą kwestię.
- Dość! Mario! Masz 5 minut, idź się przewietrz. - powiedziała, kręcąc głową.
- A ja mogę? - poprosiłam, siedząc w niewygodnej pozie.
- Nie! Ty nawet się nie ruszaj. 
- To niech pani tak usiądzie i rozkoszuje się tą chwilą. - warknęłam podirytowana. 
- Mówiłaś coś? - krzyknęła.
- No, że... znaczy nie! Nic nie mówiłam. Przesłyszała się pani. - wolałam jej nie podpadać, wredne babsko.

#2 - przygotowania do nagrania. ( rozdział 4 )
- Piłkarz od siedmiu boleści. - mruknęłam, przygotowując makijaż do nagrywania imprezy. Chłopak spojrzał na mnie, jakby chciał mnie zabić. - To nie ja cię wkurwiam. - warknęłam zażenowana.
- A ty już dawno powinnaś być gotowa, wiesz... chcę po prostu, abyś się pospieszyła. - powiedział, kręcąc się obok.
- Cicho, idź puść oczko pani reżyser i będzie git. - zaśmiałam się, malując usta krwistoczerwoną szminką. Niestety musiałam.
- Próbowałem.
- To spróbuj jeszcze raz. - zrobiłabym wszystko, żeby go wygonić. On nie tylko gra takiego debila, on nim jest. Naprawdę.
- A ja wolę popatrzeć! - usiadł na krześle obok. - Może i mnie być pomalowała. - powiedział pod nosem, co nie uszło mojej uwadze.
- No chodź tu! - wycałowałam go po twarzy, omijając oczywiście usta.. których na planie musiałam posmakować. Teraz wyglądał jak gej. Miał całe czoło, policzki w czerwonej szmince.
- Sceny erotyczne, nagrywane studio dalej. - burknęła nasza kochana pani reżyser. - Raz, dwa! Zmywaj to! - krzyknęła na niego. - A ty kończ wreszcie. - zwróciła się do mnie. - Jakoś nagrywając scenę, nie chcieli się lizać. - wywróciła teatralnie oczami. Mario zaczął się śmiać. - I czego rżysz!? Do łazienki, już! Liczę do trzech. Raz...... dwa........ spieprzaj! - Jakby jej tu nie było, zapewne tarzalibyśmy się po podłodze, znaczy ja.


#3 - impreza u Mario ( rozdział 4 )
- Ja go nie pocałuję! - zaczęłam się śmiać, patrząc na piłkarza.
- Leaaaaaaa! - zawyli dosłownie wszyscy.
- Dobra. - westchnęłam. - No już, tylko szminkę o rękaw wytrę. - powiedziałam żartobliwie.
- Nie masz rękawa. - odezwał się wkurzony już Marco, nie dziwię się mu, bo od godziny męczymy się z jedną sceną. Głównie przeze mnie. 
- Cicho.. - mruknęłam. - No i co tam, Gejce? - puściłam mu oczko. Mario pokładał się ze śmiechu. 
- Nie, my tego nigdy nie nagramy. - jęknęła Ann, czekająca na swoje wejście. 
- Przerwa! - krzyknęła reżyserka. - Ja z nimi nie wytrzymam. - zwróciła się do reszty, na co ja zaczęłam się śmiać.
- Boże, patrzcie. Tak to się robi. - zademonstrowała Jess, która miała takie same zadanie, tylko z Bittencourt'em. 
- Mówi ta, co grała już w trzech filmach. - mruknęłam.
- Dobra, jadziem z tym koksem. - Mario podniósł się z podłogi, na której do tej pory siedział. 


#4 - Dubai ( rozdział 24 )
- Kurde, wiem, że ona ma ładny tyłek, ale chyba nie muszę jej tego mówić? - pieklił się Mario. - Przecież moja mama będzie to oglądać! - teraz wiedziałam, że sobie jaja robi. 
- Twoi rodzice przecież tu są. - zaśmiałam się, patrząc na jego rodzinkę. Jego mama, dosłownie wstrzymywała się, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
- Synku, możesz tak powiedzieć. - krzyknęła, a my wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Nie, no... to powinien być film o śmiechu, bo jest go tu najwięcej.
- Ale babcia, moja kochana babcia będzie to oglądać. Co ona sobie o mnie pomyśli? - posmutniał, nawet łzy mu leciały... od śmiania się.
- Że nie posłuchałeś się rad dziadka. - powiedziałam mu na ucho.
- No wiesz, co? Nie dołuj mnie bardziej. - westchnął.
- Do kabaretu się tylko nadajecie! Na początku ładnie współpracowaliście wszyscy, a teraz co? - zabrała głos reżyserka. 
- Wakacje są! - krzyknął Marco, mający na sobie kąpielówki w kwiatki. 
- Przebierz się, Reus! - warknęła.
- Dlaczegoo!? Mario ma neonowe. - zaśmiał się.
- Reus! Przebieraj się! - gdyby spojrzenie pani reżyserki zabijało, Marco byłby martwy.
- Dobra, już. Niech się pani na mnie nie wkurza, pani Evo! - pobiegł do garderoby.
- Jeszcze on... - jęknęła. - Boże, daj mi profesjonalnych aktorów. - spojrzała ku niebu. 


#5 - Marco i Jess ( rozdział 27 )
- Już mam się budzić? - zapytałem
- Zobaczysz kiedy. - powiedziała 'kochana' pani Eva. Wszyscy ją oczywiście uwielbiamy.
- Jak zobaczę? Przecież muszę mieć zamknięte oczy? - kłócił się.
- Wyczujesz to, debilu. - zaśmiała się, Lea.
- Dobra zaczynamy. Śpijcie. - nakazała.
- Mamo, tato nie patrzcie. - zachciało mi się śmiać, jednak się powstrzymałem.
- Reus! Jeszcze raz.
Patrzyłem na 'śpiącą' Jessicę z 'uczuciem', kiedy ona tak po prostu wybuchnęła śmiechem.
- Jessica! Ty też?
- Ale on się tak rozbrajająco patrzy. - wyjaśniła.
- Mareczku, nie czaruj tam! - krzyknął Mario, za co pozdrowiłem go środkowym palcem.
- To nie Ty leżysz koło pół nagiej kobiety! - odkrzyknąłem.
- Chwilę temu zdejmowałem bluzkę Lei, wiem coś o tym. - powiedział i dostał kopa w tyłek, właśnie od Lei. Mało co się nie przewrócił.
- Jeszcze słowo. - powiedziała stanowczo główna bohaterka filmu.
- Szkoda, że nie gramy w filmie ze scenami łóżkowymi, no nie? - zaśmiał się. On, chyba nie zdawał sobie sprawy, że mówił to głośno. - Mamo, ja tak żartuje, tylko! - krzyknął, aż sam kamerzysta się roześmiał.


No to tyle ;> Może kiedyś powstanie więcej, a jak powstanie to oczywiście dodam.
Zapraszam na aska tylko dla Was: http://ask.fm/JulianaKot

Uszanowanko!

wtorek, 22 kwietnia 2014

Epilog.

...

Co myślicie o przyszłości głównych bohaterów?

Czy Lea zrozumie, że Mario jest dla niej?

Czy Mario zrobi wszystko, żeby mieć Leę dla siebie?

Czy stworzą kiedyś szczęśliwy związek?

A może zostaną przyjaciółmi już na zawsze?

Dowiecie się w drugiej części filmu "Niechciana miłość", której nigdy nie będzie.

(napisy końcowe)

THE END.

*

- Jeju.. chciałabym być na miejscu Lei! - powtarzałam ciągle przyjaciółce.
- Przecież oni nie są razem. - odpowiedziała.
- No i co z tego!? Ale.. całowali się no! - krzyknęłam z zachwytu, chyba trochę za głośno, rodzice mieli dobry słuch.
- Ciota głupia. - zaśmiała się. Zawsze tak do mnie mówiła, bo wiedziała jak bardzo lubię Mario, jako piłkarza. Boże, ja chcę więcej takich filmów!
- Starsza jesteś, a nie rozumiesz... - przewróciłam teatralnie oczami.
- Rozumiem, ale wiesz, że go nie lubię. Wolałabym być Jessicą! Cudowne chwile z Reus'em, choć nie powiem, wolałabym Leosia.
- Ja chcę drugą część! Teraz, już, ewentualnie zaraz. - darłam się, ten film był zdecydowanie za krótki.
- Julek, nie zrozum mnie źle, ani nic... ale drugiej części nigdy nie będzie. - powiedziała spokojnie, żeby mi to uświadomić. Wiedziałam, wiedziałam to, lecz co poradzę, że to takie wciągające. Za bardzo się wkręciłam. Cóż... film, a w roli głównej jedni z najlepszych piłkarzy! Żyć nie umierać. 
- Przecież wiem! Czuję niedosyt... Boże, chyba zaraz sobie sama zakończenie wymyślę! O wiem... Lea + Mario = Łóżko i ... Juliana zadowolona! - sama śmiałam się w duchu, karcąc swoje nienormalne myśli.
- Down! - wręcz tarzała się po łóżku, z którego mało co, nie spadłam - przez nią. 
- Oj, cicho... fajnie by było. - wyobrażałam sobie różne sceny, jakie mogłyby być w następnej części. Byłam jak zahipnotyzowana. Jedno wiem! Sama wymyślę jakieś historię i będę o nich pisać... w internecie. Myślę, że warto spróbować.
- O czym tak dumasz? - zauważyła, że szczerze się, patrząc na ścianę. Taka moja natura. - Dobra, nie chcę wiedzieć. 
- I dobrze. - mruknęłam, nie przerywając myśli i gapienia się w jeden punkt. Zakładam bloga z opowiadaniem! Nawet dwa, a co!




_______________________________________________
Haha, i jest zakończenie! Kto się spodziewał takiego obrotu spraw? Chyba tylko ja i Ci, którzy byli wtajemniczeni, nieliczni. Miało tak nie być, ale jakoś... dwa miesiące temu lub mniej, naszedł mnie taki pomysł i wykorzystałam go. Mam nadzieję, że jest dobrze! Jeżeli będzie dużo komentarzy, najlepiej pobijcie rekord, czyli 26, ale! Sensownych komentarzy i zobaczymy się jeszcze kilkakrotnie na tym blogu, gdy dodam "sceny nieudane", ale to zależy od komentarzy, no! Chciałabym zakończyć, żebym była dumna z siebie, bo 53 obserwatorów, samych nie przyszło, dlatego chciałabym dużo opinii i no... widzimy się xD
Przed podziękowaniami, chciałabym jeszcze Wam oznajmić, kochane o dwóch nowych blogach i dwóch niestarych, ale też nie najnowszych, a więc.... NAJNOWSZE:


Liczę, że będziecie dalej ze mną, bardzo bym tego chciała :)

DZIĘKUJĘ.
Dziękuję tym, co komentowali regularnie i też czasami.
Dziękuję tym, co czytali, chcieli więcej i czekali na więcej.
Dziękuję, za zrozumienie, gdy nie miałam czasu/weny/chęci. 
Dziękuję, za to, że dzięki Wam chciałam to pisać i dokończyć! Dawaliście mi siłę.
Dziękuję za wszystko! Za wszystko... co związane z opowiadaniem.
Dziękuję też temu blogowi, bo dzięki niemu poznałam wspaniałą osobę, dzięki niemu wierzyłam w swoje przeciętne umiejętności, a fabuła i przebieg zdarzeń na tym blogu to nic specjalnego. Proste wymysły.
Kocham Was naprawdę i chciałabym, żebyście mimo zakończenia tego bloga, Waszego ulubionego, byli ze mną dalej, bo blogowanie nie skończyłam, mam jeszcze 4 blogi, gdzie linki podawałam powyżej.
Sama nie wierzę, że to już koniec, szybko zleciało, choć zaczęłam przygodę z tym blogiem 14 lipca :)
Pewnie o czymś zapomniałam... ale mam nadzieję, że to wszystko i jesteście zadowolone z epilogu i ogólnie z opowiadania... pokochałam je, ale musiałam skończyć. 
Jeszcze raz... DZIĘKUJĘ <3
To wszystko.

Chcecie sceny nieudane? - komentujcie :)

Uszanowanko! Juliana


piątek, 18 kwietnia 2014

30.

     Stojąc i przeglądając się w wielkim lustrze, zrozumiałam, że moje życie jest naprawdę do dupy. Inni żyją jak w Madrycie, ja niby też. Właśnie - niby. Wszystkim się wydaje, że bycie siostrą tego Reus'a, jest cudowne, jak z bajki. Otóż, co do rodziny nie mam zarzutów, lecz ja jestem tylko Leą. Już dwudziestojednoletnią dziewczyną o blond włosach i ze specyficznym poczuciem humoru. Taka jestem. Do ideału brakuje mi sporo, ale cóż - takie życie. Życie, w którym nie ma miejsca dla drugiej osoby. Gdzie nie ma miejsca dla miłości, która w dzisiejszych czasach jest przereklamowana.
- No, pokaż się. - do mojego pokoju zawitała przyjaciółka, która wraz z Marco uknuła dzisiejszą imprezę, na którą w ogóle nie miałam ochoty.
- Jess, ja nie chcę.. - jęknęłam, siadając na skrawku łóżka.
- Ty odmawiasz imprezy? Ty? Lea... od zawsze kochałaś imprezować, co się zmieniło? - spytała, wyraźnie zdziwiona moim postępowaniem. Ona zawsze wie, kiedy coś jest nie tak, choć ja sama nie wiem co.
- Ja się zmieniłam. - odparłam. - Mogę zdjąć tą cholerną sukienkę? - zapytałam podirytowana, przewracając teatralnie oczami.
- Nie! - szybko zareagowała. - Zostaw ten zamek. - zabroniła. Zrezygnowana zaczęłam szukać odpowiedniej pary szpilek. - Lea, ludzie się od tak nie zmieniają, a jak już, to na gorsze. - powiedziała łagodnie.
- A widzisz jakąś pozytywną zmianę? - wskazałam na siebie. Stałam się... dziwna, nie wiem jak to inaczej określić, jestem dziwna, przyznaję się do tego, a nie poznaję samej siebie.
- Nie. - rzekła stanowczo. To w niej ceniłam. Szczerość. Szczerość i wytykanie mi wszelkich błędów. Taka przyjaciółka była mi najbardziej potrzebna. - Dziewczyno, ty naprawdę zeszłaś na psy. Nie wiem co się stało z dawną Leą, tą co potrafiła kogoś zgasić swoimi tekstami. Tą, która miała niewyparzony jęzor. Gdzie tamta Lea, z którą się zaprzyjaźniłam?
- Nadal jest, ale pękła... Nienawidzę swojego życia.
- Ale dlaczego, Lea? Ktoś ci coś zrobił? - w tym obliczu, ukazywała się jej troska. Nie no.. kocham ją.
- Nie! Skończmy temat, okej? - zaproponowałam, bo szczerze miałam dość poważnych rozmów.
- Sorry, masz urodziny, a ja ci robię wykład. - przytuliła mnie. Ugh... dziś kończyłam dwadzieścia jeden lat. Od rana odebrałam mnóstwo sms'ów, wiadomości na Facebook'u i innych komunikatorach, mnóstwo życzeń. Urodziny są rutyną. Rutyną, która powtarza się raz w roku, ale tego samego dnia. Nie mam pojęcia, kogo Marco zaprosił, kto w ogóle będzie... To bardziej jego impreza. Niechętnie zeszłam na dół, podążając za Jessicą. Tam urzędował już wystrojony blondyn, zwany też moim bratem.
- Takie dziewczyny... - obczaił nas od stóp do głów. - To ja rozumiem. - zaśmiał się. Boże, jak ja wytrzymałam z nim te wszystkie lata?
- Weź spadaj, to wszystko przez ciebie. - burknęłam zażenowana, siadając na kanapę.
- Nikt mnie nie kocha. - zaczął się śmiać. Tak, śmiać. On jest nienormalny. W zamian dostał buziaka od Jess, po którym nie chciał jej wypuszczać z objęć. Wpił się z zachłannością w jej usta.
- Ugh... nie wiedziałam, żeś taki czuły. - skwitowałam.
- Jak to nie? To patrz. - podszedł do mnie i przytulił. Znaczy, dusił mnie... Czemu on nie może tak robić, wtedy gdy mam kompletnego doła? Co teraz często się zdarza. Nie, nie dusić, ale przytulać mógłby raz na jakiś czas.
- Awww, pokażę kiedyś to waszym rodzicom. - odparła, wpatrując się w ekran telefonu... Czyli zrobiła zdjęcie. - A tymczasem, na tapetę!
- Chcesz mieć na tapecie swojego chłopaka z inną dziewczyną? - zaśmiałam się. - Co ludzie pomyślą? - udzielił mi się dobry humor.
- No coś ty!? Ciebie ucięłam. - odpowiedziała.
- Szczerze, ja też bym tak zrobiła.



*



   Gdy w domu rozległ się pierwszy dzwonek i Marco pofatygował się otworzyć, ja znalazłam idealną wymówkę do ucieczki, która... niestety mi nie wyszła.
- O to ja pójdę się pomalować. - rzekłam, idąc niezauważalnie w stronę schodów.
- LEA! Wracaj, już!... malowałaś się pół godziny temu. - rzekła, gestem dłoni wskazując na gości. - Widzisz, ile imprezowiczów? - no tak, na raz przyszli... chłopaków kojarzyłam, a ich partnerki już mniej, choć miałam z niektórymi styczność.
- No więc, Lea agresorze... przyjmij życzenia. - zaczął Łukasz. - Zdrowia, szczęścia i słodyczy, rodzina Piszczków tobie życzy. - przytulił mnie, a po nim zaczęła jego żona, Ewa.
- Ajj. Łukasz jak zwykle nic nie potrafi sam zrobić. - zaśmiała się. - Kochana, miłości, bo miłość jest w życiu bardzo ważna i potrzebna, a wiem, że taki jeden, też go znasz, ma na ciebie oko. - pocałowała mnie w policzek. - Dziękuję.
I tak to się ciągnęło przez dłuższy czas, ponieważ ciągle ktoś przybywał. Ogólnie nie było tak źle, wypiłam tylko kilka lampek wina, i na tym poprzestałam. Nie miałam dziś na nic ochoty. Tak jakoś smutno mi było... Wszyscy świetnie się bawili, a ja jak zwykle w ostatnich miesiącach - przymulam. Siedziałam i uśmiechałam się sztucznie do wszystkich. 
- Siostra, co jest? Dostałaś tyle prezentów, życzeń, że się w palę nie mieści, a ty co? Smutasz? - usiadł koło mnie Marco. Korzystając z okazji, oparłam się o jego ramię i nic nie mówiłam. Cofam te wszystkie wyzwiska ze złości na niego... a było ich sporo w życiu. Reus jest naprawdę dobrym materiałem na brata, jak trzeba to i pocieszy, choć jest trudno. Dziś objawia się u niego twarz nienormalnego, ale jakże cudownego i poważnego człowieka. Cieszę się, że mama trafiła na takiego faceta oraz cieszę się, że ten facet, jest moim tatą i ma takiego syna. - Czekaj. - powiedział, gdy otrzymał sms'a. Odczytał go i powiedział. - Chodź. - podał mi rękę i prowadził do drzwi. Przed wyjściem podał mi kurtkę, buty. Wyszliśmy na podwórko było cholernie zimno, jak na zimę przystało. Śniegu na szczęście nie było. Na drodze ujrzałam piękne białe Audi S5 i tylko to. Spojrzałam za siebie, Marco kiwał głową, to znaczyło jedno... - to mój samochód! Dostałam samochód... Ale skąd on tu się wziął? Jest po dwudziestej trzeciej, a na drodze nagle wyrosło auto. Dałabym rękę uciąć, że wcześniej go nie było, i że to nie sprawka gości. Niepewnie wsiadłam do samochodu, szczerze? Myślałam, że coś mi wyskoczy z tylnych siedzeń, lecz się policzyłam. To chyba dobrze, w ten sposób uniknęłam zawału. Na siedzeniu pasażera leżała kartka, a na niej: "Świeży kierowca - świeży samochód. Wszystkiego Najlepszego, kochanie. Nie chcemy psuć wam imprezy, dlatego zostawiamy to. Nie, my tego samochodu nie zostawiliśmy. Kochani Rodzice" Wysiadłam i szukałam wzrokiem Reus'a. Na dworze byli już goście... Ale jego nie było... Zza domu zaczęły strzelać fajerwerki, już wiedziałam gdzie jest i po chwili się ukazał.
- To prezent ode mnie i... -  zaczął, podchodząc bliżej.
- Ode mnie. - z drugiej strony wyszedł Mario. Naprawdę myślałam, że pogniewał się na mnie, za wczorajszą rozmowę, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego. A jednak.
- Jeju... - mój wzrok przeniósł się na jego. - Wystraszyłeś mnie. - powiedziałam, gdy byłam tuż przy nim. - Myślałam, że nie chcesz przyjaźni.
- Przecież rozmawialiśmy... - przypomniał mi.
- No tak, ale...
- Żadne "ale", chodź się przejechać! - zaprowadził mnie zza samochód, najlepsze jest to, że miał przyciemniane szyby z tyłu.
- Żartujesz.. teraz? Nie odebrałam jeszcze prawka. - nie chciałam ryzykować. Tak, ja Lea po raz pierwszy, nie bawiłam się w ryzyko.
- No wiem. Taka wymówka. - odparł w miarę cicho, żeby zgromadzeni nie usłyszeli.
- Co? - zdziwiłam się.
- Oj Lea...
- My dobrze wiemy, co tam robicie! - krzyknął, któryś z męskiego grona... Zaśmiałam się sama do siebie.
- Jeszcze nic nie robimy! - odpowiedział donośnie Mario.
- Jeszcze! - usłyszeliśmy ponownie.
- Jeszcze. - powtórzyłam cicho, popchnęłam chłopaka na miejsce, przeznaczone dla kierowcy i pocałowałam. Götze dał mi wyraźny znak, że mu się podobało, iż nie chciał wypuszczać mnie z objęć.. ale to nie mogło trwać dłużej. Dzisiejszy dzień, to wyjątek. Musiałam mu podziękować za miły prezent, Marco także, ale to potem... Potem też wszystko wróci do normy, przynajmniej mam taką nadzieję, chyba, że życie zrobi mi na przekór.




[Marco]
     Czuję, jakby Lea i Mario byli małymi dziećmi, a ja ich wychowuje. Dziwne uczucie, nie polecam. Nie wiem już... nie wypowiadam się na ich temat, bo wiem, że nie ma sensu i to nie przyniesie żadnych rezultatów. Siedzą koło siebie i gadają... o czym? O głupotach zapewne, widząc ich wyraz twarzy, mogę śmiało stwierdzić, że omijają temat miłości, na siłę szukają innego wątku do rozmów. Jak wspominałem wcześniej - to dziecinne, zwłaszcza w ich wykonaniu. Dwudziestojednoletniej dziewczyny i dwudziesto prawie dwuletniego chłopaka. Oboje się zmienili i nie jestem w stanie ocenić, czy na lepsze, czy też nie. Mario nie jest tym samym facetem, jak choćby rok temu, gdy był jeszcze z Ann. Wtedy nie miał tyle swobody, ale przynajmniej zawsze, zawsze było wesoło, słuchając kłótni jego z moją siostrą. Wspaniałe czasy, ale mam nadzieję, że właśnie przyszły jeszcze lepsze...


A w epilogu...
Wszystko okaże się niedługo!


___________________________
Kilka słów od siebie: PRZEPRASZAM, bo zawaliłam na grubej linii. Tak długo nie było rozdziału, a ja przyznaję się, że aż do wczoraj nie potrafiłam nic zacząć. Miałam zaplanowaną jedynie końcówkę tego rozdziału, która uległa sporej zmianie! Ale.. na epilog mam pomysł i to mega, moim zdaniem. xD Więc szykujcie się, lecz najpierw przyjmijcie moje przeprosiny, iż ten rozdział nie spełnia moich i zapewne waszych oczekiwań. Jest do dupy, do niczego. Naprawdę! Potrzebuję w komentarzach mnóstwo szczerych opinii, możecie mi spokojnie wygarnąć, co robię nie tak. Co wam się podoba i nie podoba. Wszystko piszcie. Zachęćcie mnie bardziej do dodania epilogu, to pojawi się szybko. Zależy od Was ;) Szybciej dobijecie sporą ilość komentarzy tym szybciej przeczytacie epilog, a pod epilogiem... napiszę coś więcej.

Buziaczki, kochane! <3 a no i mam nadzieję, że wybaczycie za to coś powyżej :>

Aktualizując: Zapraszam na w miarę obszerny opis bohaterów na nowego bloga: http://2szansa.blogspot.com/2014/04/opis-postaci.html
i drugiego nowego bloga, lecz tam nic szczególnego oprócz bohaterów nie ma: http://come-and-make-me-feel-alive.blogspot.com/


piątek, 28 marca 2014

29.

    ***

        Emmm... no! Zdałam, zdałam, zdałam! Nie miałam żadnych problemów, zresztą.. wczoraj też, ale ten instruktor.. A szkoda gadać. Na szczęście nie będzie już tam pracował. Jakieś inne trzy dziewczyny doniosły na niego na policję, zanim ja zdążyłam coś zrobić. Mniejsza z tym, najważniejsze to, że zdałam, dzięki współpracy z nowych, dużo młodszym i milszym instruktorem jazdy. Właśnie wracam do domu, już któryś raz z kolei idę piechoto, jak nigdy. Trochę ruchu nie zaszkodzi, a zwłaszcza półgodzinny spacer. Ludzie nie spodziewaliby się takich słów, prosto z moich ust. Ci co mnie znają, doskonale wiedzą, jakim jestem leniem i nie tylko. Nic mi się nie chce, a teraz nagle spacerów, i to długich mi się zachciewa. Coś jest nie tak.. Może przez to radość? Kto wie... Idąc tak, w oddali ujrzałam Chris'a. Tak to na pewno był on. Zaczęłam biec, truchtem. Tylko to mi przyszło do głowy. Także, z nadzieją, że mnie nie pozna biegłam wolnym tempem dalej, lecz to na nic... Zapewne pomyślicie, jak miałby mnie niby nie poznać? Otóż... Lea nigdy nie biega i on o tym doskonale wie.
- Lea? Co Ty robisz? - a jednak... co robić? co robić? Przecież to istny damski bokser.
- Biegam, nie widzisz? - po wypowiedzeniu tych słów, zatrzymałam się, wlekąc się dużo wolniej, co spowodował ból w prawej łydce, uniemożliwiający bieganie.
- No właśnie widzę... Cześć kochanie. - znowu zaczyna! Nie, nie, nie.
- Dasz mi kiedyś święty spokój? - warknęłam, poddenerwowana.
- Hmmm.... Raczej nie. - zaśmiał się złowieszczo. - Chyba, że spełnisz jedną moją zachciankę. - poruszał znacząco brwiami, podchodząc do mnie na niebezpieczną odległość. Już wiedziałam o co chodzi. Oczywiście nie przeszło mi nawet przez myśl, aby się zgodzić. Co to, to nie! Nigdy.
- Schrzaniaj na drzewo. - rzuciłam oschle, co nic nie zdziałało, wręcz pogorszyło sytuację. Ponownie się zbliżył i z zachłannością wpił się w moje usta. Ble, ble, i jeszcze raz, ble! Co on sobie wyobraża? Najpierw jesteśmy parą, wszystko ładnie, pięknie, dopóki nie zaciągał mnie do łóżka.. OMG... dobrze, że mu wtedy uciekłam. Na samą taką myśl, aż wzdrygnęłam z obrzydzenia. Tym razem, również go odepchnęłam. - Nie dotykaj mnie nigdy więcej, rozumiesz!? Jesteś ohydny! - dodatkowo pchnęłam go z całej mojej siły, której zbyt dużo nie mam, aczkolwiek stracił równowagę i spadł prosto na tyłek. Dobrze mu tak! A ja korzystając z okazji, mimo narastającego bólu dużo szybszym krokiem ruszyłam w stronę do domu, do którego już tak niedaleko... To mnie motywowało. Coraz mniejsza odległość i coraz większy ból. Na szczęście obyło się bez gorszych problemów, doszłam do drzwi, na których widok miałam ochotę skakać z radości, tylko że nie mogłam... Od razu po otwarciu kluczami drzwi, zdjęłam szybko kurtkę, buty i rzuciłam gdzieś w kąt. Ledwo, ale doczłapałam się do salonu, sięgnęłam po piloty i włączyłam telewizję, dodatkowo kładąc się wygodnie na kanapę, aby oszczędzić nogę i zmniejszyć ból do minimum, szczerze... to chyba niemożliwe w tym momencie.
     Po niecałej godzinie bezczynnego leżenia, postanowiłam, że zrobię sobie herbatę, a w zimowym sezonie, czy jesiennym - jestem maniakiem herbat! Zwłaszcza tych owocowych. Delikatnie utykając skierowałam swoje kroki do kuchni. Nadal cholernie mnie bolało... za jakie grzechy!?
- A ty co, znowu z głośnika spadłaś? - zaśmiał się głupio, mój braciszek, który właśnie wrócił z treningu.
- Widzisz gdzieś tu tą kolumnę, ciemnoto? - wydarłam się. - Rozwaliłeś ją kilka miesięcy temu! - przypomniałam.
- Znając twoje możliwości, pewnie spadłaś z łóżka, albo z jednego schodka. - dalej mnie wkurzał.
- A mylisz się! Z krawężnika. - zażartowałam podirytowana.
- Jeszcze lepiej. - powiedział, rzucając torbę treningową w salonie. - Tylko ręki nie złam, jak będziesz obok niej przechodzić. - zaśmiał się, zasiadając na kanapie, na której po chwili i ja się znalazłam.
- Bardzo śmieszne. - rzekłam ironicznie, stawiając ciepły napój na stoliku.
- Która to godzina? - zerknął na zegarek. - O cholera! Zaraz Jess przyjedzie! - zerwał się z miejsca, pobiegł do łazienki. Po chwili wyszedł z pomieszczenia, a na odległość było czuć te zacne perfumy, które oczywiście dostał na gwiazdkę od Jessici. Zaledwie kilka minut później można było usłyszeć dzwonek do drzwi. Blondyn z wielkim zapędem poszedł otworzyć drzwi.
- A to ty. - usłyszałam. Czyli to nie moja przyjaciółka, a jak nie moja przyjaciółka to... Mario.
- Miłe przywitanie, czym sobie na to zasłużyłem? - jak zwykle żarty trzymają.
- Wiesz... spodziewałem się wiele piękniejszej istoty. - na te słowa, zaśmiałam się.
- Pfff... niby kogo? - stali, rozmawiając w progu.
- Na wesele prosić przyjechałeś? - przerwałam im, wtrącając się w pogawędkę.
- No! Na nasze. - przeszło mi przez myśl, żeby podejść do niego i nie oszczędzając ręki, przypieprzyć mu w ten głupi ryjek, ale oczywiście nóżka odmawiała posłuszeństwa. Chociaż już nie musiałam... sam się dosiadł!
- Auu! Pacanie, boli. - jęknęłam, gdy zwalił moje nogi z kanapy. - Ciota głupia!
- Lea z krawężnika spadła. Rozumiesz... - śmiał się Reus. - O, moje kochanie wzywa. - wyszedł z domu, wpatrując się w ekran telefonu.
- Co ci się stało? - spytał.
Powiedziałam mu co i jak, myślę, że nie pogorszę tym sprawy...
- Któryś raz z kolei, mam ochotę mu porządnie przy.... poobijać łeb. - warknął.
- Dam sobie radę. - odparłam...
- To mówisz, mięsień? - pokiwałam przytakując, głową. - Tu? - dotknął, a ja syknęłam z bólu. - Prawdopodobnie naderwany... albo przejdzie niedługo. Masaż by się przydał, a mówiono mi, że mam ręce do tego stworzone. - nawijał, a ja spojrzałam na niego dziwnie... - Spokojnie, działam cuda.
- Taaa. - mruknęłam pod nosem, co nie uszło jego uwadze.
- Słyszałem... - powiedział, masując mi obolałe miejsce, zarazem uśmiechając się do siebie. Nie wnikałam o co mu chodzi... nastała kompletna cisza. Nic, zero kontaktu. Marco gdzieś wryło, a podobno Jess miała przyjść tu do nas. Ugh.. sama już nie wiem, co myśleć. Mario, Mario, Mario... postanowiłam sobie coś, ale nie wiem kiedy mogę mu o tym powiedzieć. Teraz? Nie, nie dam rady, chyba? Mam wrażenie i tak jest, że wszystko wróciło do normy, jedynie żyć przeszkadza mi Chris. Nie chcę go już nigdy widzieć na oczy. Nigdy. Po masażu autorstwa Goetze'go, serio czułam już mniejszy ból. Może to nic takiego? Jutro być może, będę normalnie biegać, skakać i co tylko... nie! Biegać nie będę, to nie dla mnie i mojej kondycji, której w ogóle nie mam.
- Mogę? - zapytał, wskazując na miejsce, co znajdowało się bliżej mnie... za blisko. Mimo to, pozwoliłam mu. Co miałam zrobić? Nawrzeszczeć na niego, za nic? To byłoby bez sensu, a zbyt dużo razy się zdarzało. Czemu taka byłam? Dlaczego teraz taka nie jestem? Jestem inna, całkowicie inna, niż sprzed roku. Wtedy nic się nie liczyło. Wyjebane na wszystko, pełen luz. A teraz? Zmienił mnie chłopak, chłopak, którego kiedyś wręcz nienawidziłam. Wkurwiał mnie swoją obecnością, tym że przychodził po prostu do Marco. Na dużo mu pozwalam, aż za dużo... Przybliżył się twarzą do mnie. Jezus... nie, nie, nie! - Coś tu masz. - palcem, delikatnie przejechał mi po twarzy, po to, żeby zaraz mnie pocałować. Czy on musi mi to robić? Z wielką obawą o moją reakcję, muskał moje usta. On przyciąga... cholernie przyciąga do siebie, że nie byłam w stanie po prostu się odsunąć. Lea, jaka ty głupia jesteś! Ogarnij się!
- To my może pójdziemy. - usłyszałam ciche śmiechy, zza naszych pleców. Nie! Oni to widzieli i znowu pomyślą, że... Kurwa!
- Nie! - krzyknęłam, lecz za późno, bo wyszli... choć to raczej nie było do nich... - Mario musimy porozmawiać. - rzekłam stanowczo, opuszkiem języka nawilżając usta.




[Marco]
- Jak nic jeszcze dziś będą razem. - cieszyła się moja dziewczyna. Przytaknąłem jej i objąłem w pasie. Wybraliśmy się na spacer, nie chcieliśmy im przeszkadzać, bo nie wiadomo do czego dojdzie. Znając Mario... nie no! Po nim wszystkiego można się spodziewać, dosłownie. Szczerze, bardzo chciałem, aby Lea była w końcu szczęśliwa. Znaczy ona jest, jeżeli nie jest pokłócona z Mario, ale fajnie byłoby, gdyby byli razem. Lecz gdybać można zawsze. Nigdy nie jest jasne, zakończenie. Nie mam pojęcia co z tego wszystkiego wyjdzie i czy im w ogóle wyjdzie. Choć, jakby byliby już ze sobą, na pewno kibicowałbym im z całego serca. Może tego nie widać, ale zależy mi na szczęściu ich obojga. Mi się udało, mam nadzieję, że nie zawiodę się na Jess, tak samo jak na Caro... Ale... Jessica chyba taka nie jest. Z Leą, przyjaźnią się już bardzo długo, nie wiem czy nie z siedem lat, albo więcej. Moja siostra zna ją lepiej, niż każdy inny i z tego co wiem to dobra dziewczyna, a najlepsze jest to, że ostatnimi czasy, zanim jeszcze zostaliśmy parą, podkochiwała się we mnie, co przekonuje mnie jeszcze bardziej do jej miłości. Ja oczywiście też ją kocham, wcześniej jedynie mi się podobała, nie patrzyłem na nią jak na kobietę, tylko kumpelę siostry. Nic więcej. A teraz? Jesteśmy razem, i raczej będziemy jeszcze długo. Nigdy nic nie wiadomo. Nigdy... to takie ciężkie słowo, którego zbyt często nie powinniśmy wypowiadać, choć i tak to robimy.



[Lea]
- Tak nie może być, Mario... - zaczęłam rozmowę, już całkowicie na poważnie. - Ja sobie to wszystko przemyślałam... i...- ciężko było mi to powiedzieć. Nie chciałam go zranić. Pragnęłam tylko, żeby mnie zrozumiał, oraz był przy mnie, ale nie jako partner życiowy.
- I? - niecierpliwił się.
- Daj mi skończyć, dobrze? - burknęłam.
- Przepraszam.
- Po prostu myślę, że nie pasujemy do siebie. - to był temat, który dręczył mnie po nocach. Naprawdę, ale w końcu doszłam do pewnego wniosku i jestem tej decyzji stuprocentowo pewna. - Nie powinniśmy być razem, więc nie oczekuj tego ode mnie. - kontynuowałam, a chłopak zerwał się z miejsca, z zamiarem opuszczenia domu. - Czekaj. - poprosiłam. - Chodź, usiądź. - nakazałam, a sama wstałam z miejsca. Musiałam chodzić... wtedy mi się lepiej myśli, i lepiej formułuje zdania. Nie liczyło się to, że bolała mnie noga, mniej, ale bolała... - Ja wiem, że to nie jest lekki temat. I sama się dziwię, że takowy poruszyłam.
- To co teraz?
- Chciałabym, żebyśmy byli przyjaciółmi. Tak jak wcześniej. Proszę cię, Mario! - odparłam widząc jego zniesmaczoną minę. - Przynajmniej spróbuj mnie zrozumieć.
- Jak mam cię zrozumieć, jak totalnie niczego nie ogarniam. Dawałaś mi znaki... myślałem, nie... byłem pewien, że mnie kochasz, darzysz mnie jakimś uczuciem. - mówił, a ja opadłam z bezsilności na kanapę.
- Bo tak jest. - rzekłam cicho, z nadzieją, że nie usłyszał.
- To czemu jesteś taka niedostępna, Lea! Jesteś dorosła, nie podejmuj decyzji, bez poważnego przemyślenia i przeanalizowania.
- Mario, ja wszystko dokładnie przemyślałam. - westchnęłam ciężko.
- Mam rozumieć, że nie mam w ogóle na co liczyć? - widziałam ból w jego oczach... On w każdym wydaniu jest mega seksowny... O czym ja myślę?
- Możesz liczyć na wiele, ale...
- Nie to. - dokończył za mnie.
- Przepraszam! Wiem, że się starałeś. Wierzę ci, że z Ann to nieprawda, ale ja nie potrafię.. - tyle mogłam jeszcze z siebie wydusić. Mówiąc to schowałam twarz w dłonie. - Byłam głupia. Poprawka... Ja jestem głupia.
- Nie. - rzekł krótko. - Na świecie jest tylko jeden negatywnie pierdolnięty człowiek... i ja nim jestem. - teraz tak będzie? Boże... co ja zrobiłam! Nie chciałam, aby obwiniał siebie, bo wszystko to, jest moją winą... - Przyjaźń? - spytał... miałam wrażenie, że od niechcenia, ale co się dziwić?
- Jeżeli tylko chcesz. - uśmiechnęłam się.
- Chcę! Ba... ja tego pragnę. - zaśmiał się, rozluźniając atmosferę.
- Gejuchu! - powiedziałam, a on spojrzał na mnie pytająco. - Hahaha! Reagujesz! - zaczęłam się śmiać jak wariatka. Tak, da się tak szybko zmieniać humory.
- Ej! - rzucił we mnie poduszką, oczywiście od razu mu oddałam, o wiele mocniej. - Ho ho! Leci wpierdziel! - zaczął mnie łaskotać, co nie robiło na mnie wrażenia. - Fuck! Znowu zapomniałem, że na ciebie to nie działa. - znowu się roześmiałam. - Nie śmiej się! Każda normalna dziewczyna ma łaskotki!
- Ale ja nie jestem normalna. - rzekłam bez zastanowienia.
- Właśnie wiem. Jedyna w swoim rodzaju, Lea. Drugiej nie znajdziesz. To dobrze, jeszcze bym się pomylił i co wtedy?
- Wtedy byś miał standardowo, grzecznie mówiąc... przerąbane mój drogi. - kopnęłam go.




[Mario]
Z jednej strony wszystko jest w najlepszym porządku, a z drugiej... czego innego oczekiwałem. Cóż takie życie... ale dlaczego dla mnie w kwestii miłości, jest tak okrutne? Postanowiłem zostać jeszcze trochę z Leą, tylko moją przyjaciółką. Oglądaliśmy jakiś tam film, co zbytnio mnie nie obchodził, iż większą uwagę zwracałem na Reus'ową. Chciałem, wręcz pragnąłem poczuć znowu smak jej ust, ale nie wypada. Ugh... w tej sytuacji mogłem ją tylko przytulać, i to właśnie uczyniłem. 




[Lea]
Ciekawe co przyniesie jutrzejszy dzień? Szesnasty luty, dzień moich urodzin... Szczerze? Nie za bardzo jestem z tego zadowolona. Wszelkie życzenia, co po kilku godzinach zaczynają irytować, szczególnie taką osobę, jaką jestem ja... Nic, ani nikt mi nie dogodzi... jak zwykle.





*****************
Nie powala niczym! Tak, ale...
Proszę! Jest 29, a zarazem według moich obliczeń...XD prawie ostatni.
Niestety. Wiem,  że nie ma sensu ciągnąć tego w nieskończoność, co byłby całkowicie bez sensu. No tak, bo kto chciałby czytać sielankę, ciągle, ciągle, ciągle? Ja nie... Dlatego postanowiłam to zakończyć i pewne osoby mnie w tym poparły. Po prostu tak będzie najlepiej, choć szczerze mówiąc... trudno mi tak będzie zostawić tak te opowiadanie.... więc.... dowiecie się w epilogu.
Ja zła! ;D 
Jeżeli czytacie to komentujcie, tak żeby mnie zachęcić... do czegoś tam... i innych blogów ;)
 Zapraszam na wspaniałe blogi: http://theydonotknownothingaboutus.blogspot.com/ i: http://kocham-cie-kochanie-strory.blogspot.com/ czytajcie i zostawcie po sobie ślad... Standardowo też, wbijcie na moje blogi: http://the-story-is-complicated.blogspot.com/ oraz:: http://skoki-zyciem.blogspot.com/